„Kiedy ktoś nie wpuszcza cię do środka, w końcu przestajesz pukać do drzwi. Wiesz o co mi chodzi?”
Moją przygodę z
„Osobliwym domem Pani Peregrine” można określić tak: to była miłość od
pierwszego wejrzenia. Najpierw zobaczyłam niezwykłą okładkę, wobec której
absolutnie nie mogłam przejść obojętnie, potem przeczytałam zarys fabuły i
wreszcie kilka recenzji. I szczerze mówiąc, nawet gdyby zjechano tę książkę i
tak bym po nią sięgnęła, inaczej nie wyzbyłabym się tego niepokoju, jaki we
mnie wzbudziła.
Jacob jest nieśmiałym
nastolatkiem, który nie potrafi nawiązać więzi z rówieśnikami. Od dziecka jego
jedynym przyjacielem był dziadek Abe, który opowiadał małemu chłopcu o życiu w
sierocińcu w Walli, ukrytym przed wojną i potworami. Tym nieprawdopodobnym
opowieściom na dobranoc towarzyszyło oglądanie osobliwych zdjęć, w których
autentyczność jednak trudno Jacobowi uwierzyć. W chwili, gdy chłopak stracił
już nadzieję, że zostanie odkrywcą i jego życie będzie choć odrobinę
ekscytujące, dziadek zginął w tajemniczych okolicznościach, zabity przez
potwora. Wtedy Jacob zrozumiał, że staruszek nie opowiadał mu bajek, a
sierociniec Pani Peregrine, niewidzialny chłopiec i latająca dziewczynka
istnieją naprawdę. Zdecydowany poznać przeszłość dziadka, wyrusza na małą
walijską wysepkę, gdzie zobaczy rzeczy, jakie mu się dotąd nie śniły.