Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sierotki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sierotki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 grudnia 2013

Grudniowe sierotki



Koniec grudnia, najbardziej magicznego miesiąca... 

Nieuchronnie zbliża się czas nie tyle miesięcznych, co rocznych podsumowań, snucia planów na przyszłość i porównywania tych sprzed roku z tym, co udało się osiągnąć. To wszystko i jeszcze więcej już w następnym poście, a tymczasem zapraszam na podsumowanie grudnia i sierotki! :) :) :)

Książkowe:

„Zapomniany ogród" Kate Morton: mam słabość do opowieści takich jak ta: tajemnice, rodzinne sekrety, poszukiwanie własnego ja, do tego czasy, które już dawno minęły, a które bardzo chciałabym poznać. Kate Morton oczarowała mnie swoim „Domem w Riverton", nie zawiodła „Milczącym zamkiem", tak zachwalany „Zapomniany ogród" okazał się być jednak przyjemną, acz zwyczajną lekturą. Zabrakło magii, czegoś, co pozwoliłoby mi „wyłączyć się" i bez reszty przeniknąć w opisywany świat. Nie wiem, czy to przesyt u mnie takimi historiami, czy też po „Domu w Riverton" żadna inna książka Kate Morton nie jest w stanie mnie powalić na kolana, ale nie czuję się zachwycona lekturą. Owszem była cudowna atmosfera XIX-wieku, wędrówki po tajemniczym ogrodzie, baśniowa autorka książek i straszna rodzinna tajemnica, ale to wszystko razem wydało mi się takie oczywiste i banalne... Nie jest to jednak zła książka, wręcz przeciwnie wciągająca i ciekawa, brakuje jej jednak tego nieokreślonego czegoś, co sprawia, że czytelnik zapomina o otaczającym świecie i chce tylko czytać, czytać i czytać... Ocena: 7/10.

„Życie jest gdzie indziej" Milan Kundera: 2012 był moim rokiem z Milanem Kunderą, bo przeczytałam wtedy aż 5 jego książek i zakochałam się bez reszty w jego twórczości. Potem przyszedł 2013, przeleciał nie wiadomo kiedy, nastał grudzień, a ja ze strachem uświadomiłam sobie, że nic Kundery nie czytałam jeszcze! Pobiegłam więc do biblioteki,  a w niej wygrzebałam stary i bardzo zniszczony egzemplarz tej oto książki, a potem zaczęły się chwile, godziny niezwykłe. Przypadki poety Jaromila. wychowanego pod kloszem, kochanego zbyt mocno, zafascynowały mnie od pierwszej strony. Jak poradzić sobie w świecie, gdy nie wie się niczego? Kundera stawia śmiałą tezę, że poeta musi mieć zaborczą matkę i tę tezę udowadnia... Poza tym, jak zawsze, dotyka tematu komunizmu i jego oddziaływania na życie szaraczków. Nie jest to może powieść na miarę „Nieznośnej lekkości bytu", ale i tak warto. Po Kunderę zresztą zawsze warto sięgnąć. Ocena: 8/10.

czwartek, 28 listopada 2013

Listopadowe sierotki



W zeszłym miesiącu pisałam Wam, że mam mały kryzys blogowy i chyba jeszcze do końca się go nie pozbyłam, biorąc pod uwagę, że opublikowałam w listopadzie tylko 7 postów, podczas gdy moja średnia to 12-13. Jesienna aura zachęca mnie najbardziej do spania i oglądania komedii romantycznych, a czytać mi się zbytnio nie chce niestety, a co dopiero pisać… Czekam już jednak na nominacje do Złotych Globów i Oscarów, by się przynajmniej za filmy na poważnie zabrać:)

A w międzyczasie zapraszam na sierotki:

Książkowe:
„Blondynka na Kubie” Beata Pawlikowska: tym razem udałam się z panią Beatą na Kubę, gdzie trochę pozwiedzałyśmy, pouczyłyśmy się historii i szukałyśmy prawdziwego oblicza Ernesta Che Gueavary, Pomimo, że na Kubę mnie bardzo ciągnie, że uważam, że ta wyspa ma niesamowity klimat, a jej zdjęcia mnie zachwycają, książka Pawlikowskiej nie zainteresowała mnie ani trochę. Jakaś taka dziwna, chaotyczna jest. Miło odmianą były za to fragmenty o towarzyszu podróży pani Beaty – zabawnym Angliku, który wyruszył w podróż dookoła świata. Ogólnie, zmarnowany potencjał. Znowu…. Ocena: 5/10.

„Gdzie diabeł nie może… Dziewczyńska podróż dookoła świata 2. Antypody - Ameryka Łacińska” Justyna Minc, Paulina Pilch: druga część tak zachwalanej przeze mnie kilka miesięcy temu książki podróżniczej autorstwa dwóch polskich globtrotterek. Ostatnio zachwycałam się ciekawą i rzetelną treścią, a narzekałam na bardzo małą ilość zdjęć, no to teraz jest prawie na odwrót, tzn. nadal jest rzetelnie, a relację urozmaicają fotografie, ale nie jest już ciekawie i inspirująco. Przykro mi to pisać, ale tak jak czytając pierwszą część chciałam wszystko rzucić i już natychmiast wyruszyć w podróż, tak tym razem ze znudzeniem czytałam kolejne strony, szukając bezskutecznie czegoś, co mnie zainteresuje. A przecież dziewczyny były w tak fantastycznych miejscach! Australia! Nowa Zelandia! Machu Picchu! Moje marzenia, no! Trzeba jednak przyznać, że nadal jest to książka podróżnicza, obfitująca w masę cennych informacji, tylko przygody jakoś brak… Ocena: 5,5/10.

środa, 30 października 2013

Październikowe sierotki



Oj, nie chce mi się ostatnio, nie chce… Na krótko przed drugimi urodzinami bloga dopadło mnie zwątpienie, czy warto dalej prowadzić to miejsce. Nadal dużo czasu spędzam przeglądając Wasze blogi, ale do własnego nie mam już serca. Czasem zastanawiam się, jaki sens ma marnowanie czasu na pisanie recenzji? Dodatkowo wpadłam w coś, o czym pisała kiedyś Bigosowa, tzn. podczas czytania książki myślę, co by o niej napisać i denerwuję się, gdy w głowie mam pustkę. Nie wiem, może to jesień?

Pomimo licznych wątpliwości jednak, zmobilizowałam się i przygotowałam przynajmniej sierotki sumiennie. 

Książkowe:
„Agnes Grey” Anne Bronte: naprawdę chciałam napisać recenzję tej książki, ale nijak mi ona nie szła… Mam wrażenie, że o „Agnes Grey” polscy blogerzy napisali już chyba wszystko, a że ani mnie ta powieść nie powaliła, ani zbytnio mnie nie wciągnęła, dałam sobie spokój z pisaniem na jej temat. Książka napisana jest przystępnym językiem, na pewno jest ważna pod względem obrazu pracy guwernantki i życia ziemiaństwa, i momentami była nawet interesująca. Niestety tylko „nawet” i do tego rzadko. Ocena: 6/10.

„Brzoskwinie dla księdza proboszcza” Joanne Harris: kolejne po „Czekoladzie” i „Rubinowych czółenkach” spotkanie z Vianne Rocher i czarodziejską mocą czekolady. Po 8 latach Vianne wraca do Lansquenet, małej mieściny, której mieszkańcy nadal odczuwają zmiany, jakie nasza bohaterka wprowadziła w ich życie.  Lansquenet nie jest już jednak tym samym miejscem, co kiedyś. Za rzeką założyli osadę  muzułmanie, którzy nijak nie potrafią porozumieć się z miejscowymi. Do tego wszyscy szeptają o tajemniczej Kobiecie w Czerni, której twarzy nigdy nikt nie widział i której tożsamość owiana jest tajemnicą. W „Brzoskwiniach dla księdza proboszcza” Joanne Harris przywołała niepowtarzalny klimat „Czekolady” i stworzyła ciepłe, wlewające się prosto do serca czytadło, do którego zawsze miło będzie mi wrócić. Autorka poruszyła także problem fanatyzmu religijnego, braku porozumienia pomiędzy kulturami Wschodu i Zachodu, i ciekawie opisała konflikty, z jakimi zmagają się mieszkańcy niewielkich miast. Nie zabrakło też ducha nowoczesności w kościele, czemu oczywiście sprzeciwia się stary Reynaud, który jak dobrze pamiętacie, nie potrafił zaakceptować Vianne i jej Chocolaterie. Bardzo udana kontynuacja, czekam na więcej! Ocena: 8/10.

niedziela, 29 września 2013

Wrześniowe sierotki



Wrzesień niezbyt wesoło się dla mnie kończy, bo złapało mnie jakieś wstrętne choróbsko i wskutek okropnego bólu gardła, nie mogę mówić. Tak więc siedzę sobie z kubkiem herbaty pod kocem i patrzę przez okno na to piękne słońce, które bezczelnie domaga się, by wyjść i pospacerować… Niestety nie dla mnie dziś takie atrakcje, Was jednak zachęcam, bo być może to ostatnie cieplejsze dni tej jesieni.

Gdybym nie długi weekend w Paryżu, to wrzesień 2013 pewnie niczym szczególnym nie zapisałby się w mej pamięci. Taka cudna podróż dopadła mnie, gdy już myślałam, że do przyszłorocznej majówki nigdzie nie pojadę! Uwielbiam takie niespodzianki <3 Będę miała, co wspominać przez nadchodzące zimne miesiące.

Tymczasem zapraszam na sierotki.
 
Książkowe:

„Dziennik Mai” Isabel Allende: nie mogłam nie sięgnąć po książkę jednej z moich ulubionych pisarek. Do tej pory książki Allende ogromnie mi się podobały, niestety „Dziennik Mai” okazał się być nieciekawy. Styl pisarki nadal jest bardzo dobry, i podobało mi się snucie opowieści o Chile obok właściwej historii, ale sama bohaterka okazała się być mało interesująca w porównaniu do innych, jakie wyszły spod pióra Allende. Także tematyka nie przypadła mi do gustu, przez co lektura okazała się być wyjątkowo męcząca. Ocena: 5/10.
 
 Hobbit” J.R.R.Tolkien (w ramach czytania 100-ki BBC): świetny prolog do najsłynniejszej trylogii świata: „Władcy Pierścieni”. Napisany lekko i zabawnie „Hobbit” jest lekturą, która może zainteresować zarówno młodszych, jak i starszych czytelników. Czytając wyobrażałam sobie, że sama wyruszam w taką niezwykłą podróż wraz z banda zaprzyjaźnionych krasnoludów, i poznaje smaczki Śródziemia (ja chcę do Nowej Zelandii!). Ocena: 8/10.

piątek, 30 sierpnia 2013

Sierpniowe sierotki



No i mija już 8 miesiąc roku. Ależ ten czasy szybko leci!

No więc jaki był sierpień?

Depresyjny, bo po urlopie ciężko wrócić do rzeczywistości.
Smutny, bo trudno mi sobie wyobrazić kilka miesięcy bez podróży.
Co wiąże się z tym, że
może za rok będę urządzać własne mieszkanie. Jest nadzieja.

Sierotki:

„W 80 dni dookoła świata” Juliusz Verne: pewnie gdybym była młodsza bardziej spodobałaby mi się ta książka, ale i tak jestem zadowolona z czasu spędzonego z nią. Naprawdę ciekawa powieść przygodowa z fantastycznymi bohaterami! Pan Fogg, pomimo iż jest trochę snobem, podbił moje serce swoją postawą i opanowaniem. Prawdziwy angielski dżentelmen :) Verne pisze bardzo plastycznie i potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika na dłużej. Szczerze polecam, zwłaszcza młodzieży. Ocena: 7/10.

 „Hrabina”: na fali popularności książki o Elżbiecie Batory, siostrzenicy króla Polski Stefana Batorego, postanowiłam obejrzeć film o niej, do którego przymierzałam się już od dłuższego czasu. W postać krwawej hrabiny wcieliła się jedna z moich ulubionych aktorek – Julie Delpy i jakoś nie urzekła mnie tą rolą… Pierwsza połowa filmu ciągnie się niemiłosiernie i jest jakaś taka sztuczna, później akcja się rozkręca, giną dziewice, hrabina kąpie się w krwi, ja odwracam wzrok, bo jakoś nie mogę patrzeć na te straszne rzeczy i czuję niesmak…straszny. To chyba nie jest film dla mnie, to nie moja historia. Zaszokowało mnie to, co stało się z Elżbietą i to na tyle, że nawet trochę poczytałam na jej temat. Z tego, co wyczytałam wynika, że reżyser nie trzymał się ściśle faktów historycznych, manipulując historią poprzez opowiadanie jej z perspektywy byłego kochanka Elżbiety. „Hrabinę” można obejrzeć, ale nie nastawiałabym się na wybitne kino i to pod żadnym względem. A szkoda, o życiu Elżbiety Batory można było nakręcić coś naprawdę fajnego. Ocena: 6/10.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Lipcowe sierotki



Lipiec, ach, lipiec! Lipiec był cudowny! 

Najpierw było dużo dużo pracy i wyczekiwania. Codziennie odliczałam dni i mówiłam wszystkim: słuchajcie, jeszcze tyle i tyle dni, i jadę na wakacje! A oni uśmiechali się i mówili: szybko zleci. I faktycznie tak było. A gdy już nadszedł piątek 19 lipca, wyszłam z pracy z bananem na ustach i tak już zostało do wczoraj. Dziś już niestety moja laba się skończyła, ale i tak co chwila coś mi się przypomina i się do siebie uśmiecham ukradkiem. A jakże trudno wrócić do pracy po urlopie! Jestem taka rozkojarzona! Pół dnia dziś spędziłam w pokoju koleżanki na plotkach, zamiast przy własnym biurku na pracy. I wiecie co? Chociaż wakacje były fantastyczne, to muszę przyznać, że stęskniłam się za wszystkimi i za codzienną rutyną pracy. Bo ja ją naprawdę lubię, tzn. pracę, nie rutynę. Z niespodziewaną radością zabrałam się dziś za liczenie wypłaty i już czekam na jutro. Tyle się dzieje wokół mnie! Tylko czas mógłby się na chwilę zatrzymać…

A jaką radość dziś miałam z wizyty w bibliotece! Nie byłam ponad 2 tygodnie! Stęskniłam się za zapachem książek i chodzeniem między regałami!

A teraz… żeby nie było, że w lipcu sierotek nie było, oto i one:

„Zapiski z małej wyspy” Bill Bryson ( w ramach czytania 100-ki BBC): miałam już do czynienia z Brysonem przy okazji lektury „Zapisek z wielkiego kraju”, czyli opowieści o Ameryce. Liczyłam więc na równie dobrą i zajmującą powieść. Niestety czekało mnie ogromne rozczarowanie. Bryson zbyt dużo miejsca poświęcił opisowi kolejnych odwiedzanych miejsc, a zbyt mało niuansom angielskiej kultury i stylu życia. Mówiąc krótko, liczyłam na opisy absurdalnych sytuacji, a nie na mało interesujący przewodnik. Może zapiski miałyby to dla mnie większą wartość, gdybym podążyła szlakiem autora, na razie niestety jest to niemożliwe, a książka sama w sobie okazała się być nudnawa. Ocena: 4,5/10.

sobota, 29 czerwca 2013

Czerwcowe sierotki



No i pierwsza połowa roku niemalże za nami. Szybko zleciało, co? Mnie się wydaje, że nie dalej jak wczoraj świętowałam 25-urodziny, a tu już dzieciaki szkołę kończą i mają wakacje. Zazdroszczę wszystkim, którzy mają więcej niż 2 tygodnie wolnego! A i na ten upragniony urlop muszę jeszcze trochę poczekać…

Zanim przejdziemy do sierotek, chciałabym się Wam pochwalić nawiązaniem współpracy z portalem blogarytm, który jest zbiorem wpisów z polskich blogów w takich kategoriach jak: publicystyka, styl życia, kultura i sztuka, i fotoblogi. Ukazało się już kilka moich tekstów, w tym 3 na stronie głównej, co jest dla mnie bardzo motywujące :)

No a teraz przejdźmy do rzeczy:

książkowe sierotki:

„Podróże życia”, wyd. National Geographic: jako, że wakacje za pasem, obsesyjnie wręcz czytam blogi podróżnicze i nie przestaję marzyć, planować. Nie mogłam więc obojętnie przejść wobec tej książki, która aż prosiła się, by ją wypożyczyć :P Na „Podróże życia” składają się opisy 10 wypraw w przeróżne zakątki świata. I tak możemy poczytać m.in. o Madagaskarze, Tanzanii, Australii, Hawajach czy Peru. Niestety nie wszystkim autorom udało się mnie zaciekawić, część popełniła kardynalny błąd, jedynie przedstawiając suche fakty, dotyczące danych miejsc, a zapominając o elemencie przygody, który przecież na pewno był. Najbardziej przypadł mi do gustu tekst Marka Tomalika o Australii, te pan zdecydowanie potrafi rozbudzić w czytelniku chęć poznania…:) Ocena: 6,5/10.

czwartek, 30 maja 2013

Majowe sierotki



No i końca dobiega kolejny miesiąc. Czas mi płynie jak szalony w tym 2013 roku… 

Majówkowa wyprawa do Budapesztu i Bratysławy dodała mi energii, i przysporzyła dużo radości. Niestety akumulatory już pomału się rozładowują i ostatnio ciągle jestem zmęczona, i podenerwowana. Do tego dobija mnie ten ciągły deszcz i z utęsknieniem czekam na słońce, ciepło i błękitne niebo… Jedyne, co ostatnio więc zajmuję mój umysł to planowanie wakacji, na które, co prawda, już wzięłam sobie urlop, ale nie jestem pewna, czy go dostanę… W każdym razie jestem dobrej myśli :)

Wyjątkowo przesyłam Wam piosenkę, którą na pewno świetnie znacie, a której ostatnio ciągle słucham, bo przypomina mi o tym, co w życiu ważne:


No i pora na sierotki:

książkowe:

„W krainie białych obłoków” Sarah Lark: saga rodzinna to jeden z niewielu gatunków, do których w ogóle nie trzeba mnie namawiać, dlatego po prostu nie mogłam nie sięgnąć po tę powieść, zwłaszcza, że wiele osób bardzo ją zachwalało. Umieszczenie akcji w pięknej scenerii Nowej Zelandii okazało się być strzałem w dziesiątkę i dodało historii świeżości, i barw. Z dużą ciekawością czytałam o kulturze Maorysów, tworzeniu nowej angielskiej społeczności w Nowej Zelandii, poszukiwaniu złota, a nawet hodowli owiec. Także główne bohaterki – Gwyneira i Helen, choć tak różne okazały się być intrygującymi postaciami i kobietami z krwi i kości. Niestety odbiór lektury nieco popsuł mi naiwny język autorki, a także nieco dziwne i dość mało prawdopodobne zbiegi okoliczności. Mimo kilku mankamentów książka podobała mi się, choć nie jestem pewna, czy sięgnęłabym po nią drugi raz. Ocena: 6,5/10.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Kwietniowe sierotki i wyniki rozdawajki



Kwiecień plecień poprzeplatał… i tak zimowe chłody z początku miesiąca niedawno zastąpiło błękitne niebo i piękne wiosenne słońce, z czego bardzo się cieszę. Niestety na weekend pogoda ma brzydki zwyczaj się psuć, więc nie udało mi się wyjść z książką do parku czy na jakiś dłuższy spacer, a piękne słońce musiałam podziwiać przez okno w pracy… Co nie zmienia jednak faktu, że bardzo ucieszyłam się z możliwości zastąpienia botek balerinkami :)


Jaki był kwiecień? Przede wszystkim nerwowy. Sezon pomału się rozkręca i mamy coraz więcej pracowników, co oznacza koniec spokojnej pracy… Aż boję się myśleć, co będzie w kolejnych miesiącach, bo szczyt sezonu przypada na czerwiec-wrzesień i jak ja się biedna na urlop wyrwę? Zdecydowanie wolałabym taki nawał pracy zimą, no ale cóż… Trzeba znaleźć pozytywy i cieszyć się, że się ma pracę, bo bez niej myśl o wakacjach nawet nie przeszłaby mi przez myśl :) Tak więc staram się uśmiechać mimo wszystko, a bardzo pomaga mi w tym piękne błękitne niebo („oprócz błękitnego nieba…”). Właściwie, gdybym miała wybrać najważniejsze wydarzenie kwietnia, wybrałabym bez wahania koncert Melody Gardot, który bardzo bardzo mnie poruszył i wzbudził całą gamę najróżniejszych emocji: od radości po smutek, zachwyt… Wspaniała kobieta i wielka artystka. Po prostu czarodziejka. Z czego się jeszcze cieszę? Ano, bo pewien pan, którego uwielbiam wydał  nową płytę, którą na okrągło teraz słucham…:)


No ale już dość tego ględzenia, pora na kwietniowe sierotki:

książkowe:

„Siedem dalekich rejsów” Leopold Tyrmand: ta króciutka powieść powstała w latach 50. ubiegłego wieku, ale ze względu na cenzurę wydana została w języku polskim dopiero w 1975 roku, i to w Londynie. Fabuła nie jest specjalnie oryginalna: jest więc ona i on, kilka nadmorskich osobistości, klimatyczne portowe miasteczko i trochę polityki. Wydawać by się mogło, że będzie to typowy romans. Tyrmand jednak w relację bohaterów wsadził sporą dawkę impertynencji, sceptycyzmu i ironii, dzięki czemu powstały elektryzujące i błyskotliwe dialogi, które są motorem napędowym książki. Nie zabrakło także gorzkiej oceny komunizmu i galerii osobliwych postaci, takich jak chociażby rozwiązła Anita. Książka sprawia wrażenie kameralnej, a partie narracyjne wypadają o wiele słabiej od dialogów. Pierwsze spotkanie z Tyrmandem uznaję za dość udane, choć bez rewelacji. Ocena: 6,5/10.

piątek, 29 marca 2013

Marcowe sierotki



Miała być wiosna, 20 stopni i słońce, a tymczasem zima nadal dogorywa. O nie! Marzec zdecydowanie nie spełnił moich oczekiwań, więc kwietnia wypatrywałam z utęsknieniem, bo a nuż lada dzień wiosna się zjawi? 

Niewielu z Was wie, że od niemalże tygodnia żyję na tym świecie już ćwierć wieku, co nie napawa mnie optymizmem, bo jak to mówią: po 25-tce do 30-stki już z górki. I coś chyba w tym jest, bo przeważnie w tym wieku zaczyna się na stałe pracować, no a jak się pracuję to czas leci tak, że jednego dnia wita się Nowy Rok, a następnego święci jajka… Ta rutyna mnie zabija i m.in. dlatego czekam na ocieplenie, bo może będzie mi się chciało gdzieś wyjść, coś ze sobą zrobić, a nie tylko po pracy do domu, i czytanie, oglądanie, spanie…

No to teraz będzie pozytywnie, bo urodziny wiążą się z prezentami, a tych w tym roku nie zabrakło. Jako, że wszystkie wybrałam sobie sama, to jestem bardzo zadowolona i tak w ostatnim czasie stałam się posiadaczką dwóch ślicznych sukienek, obłędnie czerwonych butów i stylowej dżinsowej kamizelki, a także nowego aparatu fotograficznego. Miały być jeszcze książki, tradycyjnie, jak co roku, ale stwierdziłam, że przecież mogę je wypożyczyć z biblioteki, a odświeżenie stylu na wiosnę jest mi o wiele bardziej potrzebne. No to do pełni szczęścia potrzebuję jeszcze torebki:)

Po tych krótkich marcowych wspominkach pora na sierotki:

książkowe:

„Prestiż” Christopher Priest: ciekawa jestem, ilu z Was sięgnęło po tę książkę, mając w pamięci rewelacyjny film z Christanem Balem i Hugh Jackmanem? Być może przed lekturą zniechęca Was fakt, że już znacie tę historię? Nic bardziej mylnego. Pierwowzór literacki to coś zupełnie nowego i przede wszystkim o wiele dokładniej, przedstawiającego historię konfliktu Bordena i Angiera. Ekranizacja przedstawia tylko główny wątek, pomijając wpływ, jaki zdarzenia w niej przedstawione miały na przyszłość rodzin głównych bohaterów. Całość przypomina pokaz iluzjonistyczny, w którym prawdy możemy się jedynie domyślać, ale nigdy nie uda się nam dowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Narracja pierwszoosobowa odbiera historii dreszczyk, ale też umożliwia poznanie sekretów Wielkiego Dantona i Profesora Magii. „Prestiż” w wersji książkowej nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. To chyba jeden z tych przypadków, gdy ekranizacja przerosła pierwowzór. Nie mniej jednak warto przeczytać, bo to naprawdę świetna historia i dobre uzupełnienie do filmu. Ocena: 6,5/10.

środa, 27 lutego 2013

Lutowe sierotki



Luty, podobnie jak styczeń, upłynął mi pod znakiem Oscarów. Wiele czasu spędziłam oglądając nominowane produkcje i cieszę się, że miałam taką motywację, by porzucić na chwilę seriale, które ostatnio bardzo mocno mnie pochłaniają. Cieszę się też, że już po Oscarach, bo mam ochotę w końcu zacząć nadrabiać zaległości w starym kinie i mam nadzieję, że w marcu uda mi się obejrzeć przynajmniej dwa filmy, nakręcone przed rokiem 1990.

Z niecierpliwością czekam na wiosnę i moje urodziny, a tymczasem zapraszam na zapoznanie się z sierotkami:

książkowymi:

„Poza ciszą” Jonathan Carroll: autor, który przyzwyczaił mnie do tworzenia świetnej, lekkostrawnej mieszanki rzeczywistości z magicznością, tym razem nieco zawodzi. Z żalem muszę przyznać, że „Poza ciszą” byłoby o wiele lepszą lekturą, gdyby w ogóle pozbawić ją metafizyczności. Carrollowi nieco sypią się koncepcje i nie do końca można zrozumieć, co właściwie chciał przekazać. 2/3 książki to kawał dobrej, psychologicznej lektury, którą psuje 1/3 wymyślnych teorii. Jestem zdziwiona, bo to niepozorne wkraczanie magiczności w prozę życia było, jak dotąd, moją ulubioną cechą pisarstwa Carrolla, tą , a za którą cenię go i lubię. W tym wypadku jednak popsuło odbiór książki i zwyczajnie irytowało. 
Ocena: 5,5/10.

„Romans po włosku” Annalisa Fiore: jedyne, co mogę pochwalić w tej książce to okładka, która jest bardzo klimatyczna i całkowicie mnie zauroczyła. Niestety fabuła i styl autorki są fatalne. Myślałam, że to będzie coś więcej niż zwykłe romansidło, bo opis sugeruje, że można się spodziewać unikalnego obrazu Polski po transformacji ustrojowej. Oczywiście Annalisa Fiore (a tak naprawdę Anna Kłosowska) przytacza liczne ważne zdarzenia historyczne, ale ich połączenie z fikcją literacką jest co najmniej ciężkostrawne. Autorka zdaje się na siłę wpychać między kolejne dialogi jak najwięcej faktów, a robi to tak nieumiejętnie, że przez chwilę znienawidziłam historię własnego kraju. Reasumując: jedno z najgorszych czytadeł, jakie dane mi było czytać. Czuję, że „Romans po włosku” ma poważne szanse stać się najgorszą książką roku 2013. Ocena: 2/10 (za okładkę).

wtorek, 29 stycznia 2013

Versatile Blogger Award i styczniowe sierotki



Izabell nominowała mnie jakiś czas temu do Nagrody Versatile, za co bardzo dziękuję i już śpieszę z ujawnieniem 7 nieznanych Wam faktów o mnie:

1. Nie mam talentu kulinarnego. Jednak jak bardzo chcę potrafię coś ugotować – niestety nie lubię tego robić i zwyczajnie mi się nie chcę. Całe szczęście mój chłopak uwielbia gotować i piec, wymyślać nowe potrawy, więc nie musimy głodować lub jeść na obiad pysznej zupy w proszku.
2. Jestem bardzo niecierpliwa i co za tym idzie bardzo denerwuję się, stojąc w kolejkach.
3. Z natury jestem raczej spokojna, ale jak wpadnę w złość, to lepiej uciekać.
4. W tygodniu do obiadu i kolacji zawsze oglądam serial, a w weekend film.
5. Zawsze chodzę w sukienkach lub spódnicach, bym ubrała spodnie musiałoby być co najmniej -30 stopni.
6. Nie umiem pływać, ale uwielbiam morze i zawsze rzucam się na fale, co nie jest zbyt mądre w moim przypadku…
7. No i na koniec najgłupszy fakt: jak miałam 10 lat obcięłam włosy, by mieć fryzurę taką jak Paulina/Paola z telenoweli „La Usurpadora”. W sumie nadal mam podobnie ścięte włosy.

A moje włosy możecie zobaczyć w zakładce O AUTORCE.

A teraz przejdźmy do filmowych sierotek:

„Niemożliwe”: oparta na faktach historia rodziny, która przeżyła tsunami w Tajlandii w 2004 roku. Nie sposób przejść obok tego filmu obojętnie: od samego początku towarzyszą nam duże emocje, a efekty specjalne zdecydowanie robią wrażenie. Tragedię w Tajlandii poznajemy z perspektywy zwyczajnych ludzi, którzy zdecydowali się spędzić tam Święta Bożego Narodzenia. Rozdzieleni przez katastrofę próbują się odnaleźć wśród tysięcy zaginionych. „Niemożliwe” podzielone jest jakby na dwie części: w pierwszej obserwujemy zmagania matki z jednym z synów, w drugiej ojca z pozostałą dwójką dzieci. Film bardzo poruszający z dobrą grą aktorską, choć wydaje mi się, że niewystarczającą na Oscara. Nie mniej jednak Naomi Watts nominację otrzymała. Na statuetkę jednak nie zasługuje.         Ocena: 7,5/10.

wtorek, 27 listopada 2012

Listopadowe sierotki



Kochani, już niedługo grudzień, jeden z moich ulubionych miesięcy w roku: świąteczny, mikołajkowy, a także jarmarczny (chodzi mi oczywiście o jarmarki świąteczne na rynkach dużych miast), ale zanim przyjdzie ten magiczny czas w roku, pora zapoznać się z listopadowymi sierotkami, a więc książkami i filmami, które nie doczekały się recenzji. Tak więc zapraszam!

Książkowe sierotki:

„Świniobicie” Magda Szabo: po rewelacyjnej „Tajemnicy Abigel” (link do recenzji), po prostu musiałam przeczytać coś jeszcze pani Szabo, mój wybór padł na „Świniobicie” – zaintrygował mnie tytuł i okładka. Zaczynając nie miałam bladego pojęcia, o czym będzie ta historia i cieszę się, bo spotkała mnie duża niespodzianka. Jest to psychologiczna powieść, miejscami brutalna i trudna, narracja prowadzona jest z perspektywy kilkunastu osób, trzeba więc być bardzo skupionym w trakcie lektury, bo łatwo można się pogubić. „Świniobicie” jest tak inne od „Tajemnicy Abigel”, że nie mogę się nadziwić, że obie książki wyszły spod pióra tej samej osoby. Wstrząsająca historia! Ocena: 8/10.
 
„Korona śniegu i krwi” Elżbieta Cherezińska: to chyba nie była odpowiednia pora na czytanie tej książki, bo nie mogłam się w nią wciągnąć. Po 100 stronach dałam sobie spokój, obiecując jednak, że na pewno dam jeszcze szansę Cherezińskiej, w końcu naprawdę lubię, gdy akcja jest osadzona w historii. Ocena: brak (nie śmiem oceniać czegoś, czego nie skończyłam czytać).
 
„Anglik w Paryżu” Michael Sadler: ta pozycja zawiodła mnie na całej linii. Miało być zabawnie i lekko, a było po prostu nudno. Poza tym tekst zawiera bardzo dużo wtrętów francuskojęzycznych i nie wszystkie są tłumaczone (a nawet jeśli, to ciągłe spoglądanie do przypisów jest naprawdę upierdliwe!). Za dużo miejsca autor poświęcił też opisom jedzenia. Ocena: 3/10.

„Księga śmiechu i zapomnienia” Milan Kundera: książka jednego z moich ulubionych pisarzy po prostu nie mogła mi się nie podobać. Jest to może troszkę słabsza pozycja od tych, które już czytałam, a więc „Nieznośnej lekkości bytu”, „Żartu”, „Niewiedzy” i „Nieśmiertelności”, ale i tak Kundera po raz kolejny pokazał klasę. Jest tutaj dużo filozofii, trochę przemyśleń i spora dawka erotyzmu. Tematy, jakie Kundera porusza to m.in.: różnica pomiędzy śmiechem prawdziwym a bezmyślnym, przemijanie i ulotność chwil, a także proces zapominania. Tradycyjnie pojawiają się też wątki polityczne. Ocena: 8/10.

środa, 31 października 2012

Październikowe sierotki



Pewnie zastanawiacie się, co też tytuł październikowe sierotki może oznaczać. Już śpieszę z wyjaśnieniem: otóż nie mam niestety czasu, by recenzować każdy obejrzany film i przeczytaną książkę, więc postanowiłam tworzyć dodatkowy post w miesiącu, poświęcony tylko tzw. sierotkom, czyli książkom/filmom, które potraktowałam trochę po macoszemu i nie doczekały się recenzji.

Zatem, gdy wszystko stało się jasne, zapraszam na pierwsze spotkanie z sierotkami :>

Książkowe sierotki:

„U mnie zawsze świeci słońce” Victoria Tweed: historia jakich wiele: para Anglików kupuje zrujnowany dom w Andaluzji i rozpoczyna nowe życie z dala od sztywnych reguł i utartych konwenansów. Przez pierwsze 100 stron byłam zachwycona, niestety potem między kartki wkradła się nuda, która nie opuściła mnie już do samego końca. Książkę ratuje jedynie lekki i barwny język autorki. Ocena: 4/10.

 
„To” Stephen King: horror wszech czasów i bodajże najstraszniejsza powieść Kinga. Ciekawa, emocjonująca i zapadająca w pamięć lektura. Co prawda, „To” nie zajęło miejsca mojej ulubionej książki mistrza grozy („Miasteczka Salem”), ale i tak lekturę uważam za bardzo udaną. Moje wrażenie popsuło niestety wydanie Albatrosa z bardzo małą czcionką, co zdecydowanie spowolniło czytanie. Ocena: 7/10.