Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 marca 2014

Kulturalne migawki #2



Książka:


„Cyrk nocy” Erin Morgenstern: miałam zostać oczarowana, poznać ponadczasową miłosną historię i magiczne chwile w niezwykłym cyrku, tymczasem przez większość lektury czułam się dość znudzona, a czarów, ponad te oczywiste, nie doświadczyłam. Piękny pomysł został znowu zmarnowany... Fabuła jest pełna niespójności, a postaci pozbawione życia. Bardzo chciałabym się dowiedzieć trochę więcej o kulisach pojedynku dwóch magów, o innych rozgrywkach,  a także zrozumieć, dlaczego właściwie rywalizacja nie może zostać przerwana. Wreszcie: o co chodziło w przepowiedniach Isobel i kim właściwie byli Szkrab i Gismo? To wszystko nie są niedopowiedzenia autorki, które czyniłyby książkę bardziej tajemniczą czy magiczną, a ewidentny brak pomysłu na zgrabne poprowadzenie fabuły. Trochę średnio jak na tak zachwalaną książkę. Ocena: 6/10.


„Wiedeńska gra” Carla Montero: debiut autorki „Szmaragdowej tablicy”, która jakoś nie porwała mojego serca, ani umysłu, pewnie odpuściłabym sobie, gdyby nie ten Wiedeń w tytule, miasto, które uwielbiam i w którym chciałabym mieszkać. Niestety nawet przepiękny Wiedeń nie uratował w moich oczach tej książki. Przez większość lektury zastanawiałam się po co w ogóle „Wiedeńska gra” została napisana? Styl Montero jest beznadziejny, o wiele gorszy niż w „Szmaragdowej tablicy” i na każdym kroku czuć, że to debiut, do tego bardzo nieudany... Fabuła bez sensu, ciągnie się jak flaki z olejem. Szpiegostwo, intrygi? Zapomnijcie o tym, co przeczytaliście na okładce i nastawcie się raczej na powieść, napisaną bez żadnego zamysłu, całkowicie niepotrzebną. Zdecydowanie nie zostanę fanką pani Montero. Ocena: 2/10.

wtorek, 25 marca 2014

Kulturalne migawki


Książka

„Rumo i cuda w ciemnościach” Walter Moers: uwielbiam cudowną wyobraźnię Waltera Moersa i niezwykły świat, jaki stworzył dla czytelników – Camonię. Byłam już w „Mieście Śniących Książek”, i próbowałam wyplątać się z paktu z przeraźnikiem w Sledwai, tym razem nogi zaniosły mnie do Wolpertingu, miasta zamieszkanego przez niezwykłe istoty, które zadziwiają rozumem i siłą. Jednym z wolpertingów jest Rumo, który podążając za Srebrną Nicią zostaje porwany na Czarcie Skały przez bandę wszystkożernych cyklopów. Tam spotyka robakina Szmejka. I wtedy wszystko się zaczyna. Po raz kolejny Moers oczarował mnie, choć może już nie tak, jak przy dwóch poprzednich książkach. Podziwiam jego wyobraźnię, Camonia jest miejscem równie dopracowanym jak Śródziemie Tolkienia. Na każdym kroku na czytelnika czekają nowe niespodzianki, do odkrycia wciąż jest bardzo wiele! „Rumo i cuda w ciemnościach” to jedna z tych książek, które zachwycą i małych, i dużych. Mam nadzieję, że kiedyś coś jeszcze o Camonii Moers napisze, patrząc na jego bibliografię widzę, że zamilkł kilka lat temu... Niestety. 

Film

„Czas na miłość”: w ostatnich latach trudno trafić na naprawdę dobrą komedię romantyczną. Wybierając jednak na piątkowy wieczór film Richarda Curtisa, twórcy takich hitów jak: „To właśnie miłość”, „Notting Hill” czy „Dziennik Bridget Jones”, byłam spokojna. Po prostu czułam pod skórą, że ten facet mnie nie zawiedzie. I już od pierwszych minut seansu okazało się, że Curtisowi znowu się udało. Fabuła wygląda następująco: w dniu 21. urodzin ojciec zdradza Timowi rodzinny sekret: wszyscy mężczyźni w ich rodzinie mogą podróżować w czasie. Nasz bohater, uroczy rudzielec, ma tylko jedno marzenie: poznać wielką miłość. Jak się okaże, możliwość cofnięcia się w czasie do dowolnej chwili życia, bardzo ułatwi mu zadanie. W końcu czy nie byłoby fajnie poprawić nieudaną randkę lub uratować komuś skórę? Przepis na komedię romantyczną wydaje się więc prosty: wziąć Richarda Curtisa, dodać Rachel McAdams, a całość podawać wraz z nieporadnym młodzieńcem, który swoim urokiem kupi serca damskiej części widowni. „Czas na miłość” okazał się być bardzo dobrą rozrywką z pięknym przesłaniem, mówiącym o tym, że radości życia trzeba się po prostu nauczyć. Nie jest to może opowieść na miarę starych filmów Curtisa, ale i tak najlepsza komedia romantyczna ostatnich lat. 

Serial

Obejrzałam dziś finał ostatniego sezonu „The Good Wife". Miałam się świetnie bawić, jedząc obiad, a tymczasem omal nie zadławiłam się kotletem... Cóż za emocjonująca końcówka! Nie będę tu spoilerować, ale nie wyobrażam sobie, jak ten serial dalej będzie wyglądał po odejściu X...

piątek, 24 stycznia 2014

Złodziejka książek/The Book Thief



Pewnie gdybym nie znała wcześniej niesamowitej książki Markusa Zusaka, czytalibyście właśnie słowa zachwytu, a „Złodziejkę książek” obwołałabym filmem miesiąca. Tak się jednak nie stało. Ekranizacji właściwie nie można nic zarzucić: jest wierna pierwowzorowi, aktorzy grają bardzo dobrze, muzyka przyprawia o dreszcze... Szkoda tylko, że w tym świetnie zrealizowanym obrazie brakuje choć odrobiny magii. Trzeba jednak przyznać, że reżyser, Brian Percival, miał niewiarygodnie trudne zadanie. No bo jak tu przenieść na ekran powieść, która swoim niezwykłym klimatem, każdym słowem, wywołuje u czytelnika ogromne poruszenie, w trakcie, której lektury, łzy same płyną z oczu, a ostatnia strona przychodzi nadspodziewanie zbyt szybko? Rzecz niemożliwa, ot co.

Historia Liesel Meminger poruszyła serca milionów czytelników na całym świecie. Wszyscy ci, którzy dostąpili zaszczytu spotkania z tą niezwykłą dziewczynką, z pewnością pokochali jej odwagę i dobroć, cieszyli się z potajemnego czytania książek z papą Hansem, uciekali przed rozzłoszczoną mamą Rosą, świetnie bawili się z Rudym i dawali nadzieję Maksowi. W tej cudownej opowieści nie brakuje także bohatera, z którym spotkanie czeka każdego z nas – Śmierci. Przyznajcie, że to właśnie dzięki narracji poprowadzonej z jej puntu widzenia udało się Zusakowi napisać tak niesamowitą książkę.

środa, 15 stycznia 2014

Kamerdyner/The Butler



Reklamowany jako oscarowy - „Kamerdyner”, w reżyserii Lee Danielsa, o Oscary nawet się nie ociera. Jest to dobre kino, poprawnie podane i zgrabnie zagrane, będące jednak typową produkcją „pod publiczkę”. Spodziewałam się, że po seansie nie będę mogła wyrzucić z głowy tej opowieści, dziwiłam się brakowi nominacji do Złotego Globu i byłam pewna Oscara dla Foresta Whitakera; tymczasem teraz wiem jedynie, że zmarnowano świetną historię z powodu nadmiernej poprawności politycznej. A to mnie, jako kinomankę, boli.

Film rozpoczyna się mocnym uderzeniem: przenosimy się w lata 20-te na jedną z wielu plantacji bawełny na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie matka głównego bohatera zostaje zgwałcona przez swojego białego „właściciela”, a jego ojciec zabity za próbę postawienia się. To dramatyczne wydarzenie uczy małego Cecila Gainesa, że wolność czarnoskórych jest fikcją i że lepiej się nie wychylać. Dzięki takiej postawie zostanie dostrzeżony przez szefa personelu w Białym Domu i będzie przez dekady służył kolejnym prezydentom Stanów Zjednoczonych. Zawsze w cieniu, nic nie widząc i nie słysząc, bezgłośnie podaję kawę i ciasteczka, gdy w tle rozgrywają się polityczne rozmowy na najwyższym szczeblu.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Zniewolony/12 Years a Slave



O rasizmie w kinie było już sporo. Zwłaszcza ostatnio. Mam wrażenie, że jeszcze jeden film, poświęcony temu zagadnieniu i temat się wyczerpie. Naturalnie więc, że po małym rozczarowaniu tak zachwalanym „Kamerdynerem”(recenzja wkrótce), miałam obawy wobec „Zniewolonego”, o którym mówi się, że zgarnie Oscary. Już abstrahując od tego, czy jest to dobre kino (a jest), szczerze mam nadzieję, że jednak tej najbardziej prestiżowej nagrody nie będzie. Byłoby to zbyt oczywiste, a po zeszłorocznym nagrodzeniu „Operacji Argo” chyba więcej oscarowych oczywistości nie zniosę. Dlaczego w minionym roku nie wygrał film, który był prawdziwym powiewem świeżości, jeśli chodzi o rasizm – „Django” Quentina Tarantino? Jeśli Akademia nie była gotowa nagrodzić opowieści o takim niewolniku, to dlaczego miałaby postąpić sztampowo i dać Oscara „Zniewolonemu”? Wierzę, że w tym roku nie będzie przewidywalnie i wstrzymywanie oddechu na dźwięk „and the winner is” będzie jak najbardziej na miejscu.

Reżyser recenzowanej produkcji, Steve McQueen, to ten facet, który dał światu „Wstyd” z rewelacyjnym Fassbenderem. Wcześniej był „Głód” (również z Fassbenderem), a teraz mamy „Zniewolonego” (o dziwo, również z Fassbenderem!). Jako, że tego drugiego jeszcze nie widziałam, nie pokuszę się o poszukiwanie różnych prób, jakim reżyser poddaje tego znakomitego aktora w swoich kolejnych dziełach. Nie, będzie obiektywnie o najnowszym dziecko McQueena, dziecku, które brutalnie rzucone w znudzony świat, próbuje wyjść z próby zwycięsko.

niedziela, 12 stycznia 2014

Złote Globy 2014!



Jutro rano pierwsze, co zrobię po przyjściu do pracy, to wejście na filmweb i sprawdzenie, jakie filmy zostały nagrodzone Złotymi Globami – nie mogę się doczekać! A tymczasem pobawię się we wręczanie statuetek, chociaż nie wiem, czy ma to sens, bo wielu produkcji jeszcze nie widziałam (Polsko, dlaczego nawet w tym jesteś taka opóźniona?!). Nie czuję więc takich emocji, jak przed Oscarami, gdy mam już wszystko obejrzane i swoje wyraźne typy. Złote Globy wręczę więc ulubieńcom, tak po prostu J

No to zaczynamy!

NAJLEPSZY FILM DRAMATYCZNY:
„Zniewolony. 12 Years a Slave"
„Kapitan Phillips"
„Grawitacja"
„Tajemnica Filomeny"
„Wyścig"

Tak się składa, że w głównej filmowej kategorii nie widziałam jedynie „Tajemnicy Filomeny”, mogę więc już trochę powiedzieć o nominacjach. I tak: „Grawitacja” mnie niemiłosiernie wynudziła, według mnie ten film powinien być jedynie nominowany w technicznych kategoriach. „Zniewolony”, „Kapitan Phillips” i „Wyścig” to równie dobre produkcje, chociaż nie pójdę w ślady krytyków i na pewno nie wybiorę „Zniewolonego”, bo nic nowego ta historia sobą nie reprezentuje (więcej niedługo w mojej recenzji, która już powinna być, ale nie dałam rady L  Gdyby nominowano „Konsera” w ogóle nie miałabym problemu z wyborem, a tak mogę jedynie kierować się...wyliczanką?

sobota, 4 stycznia 2014

Wyścig/Rush



Brawura czy opanowanie? Czerpanie z życia pełnymi garściami czy poukładana egzystencja? Hunt czy Lauda?

Chyba nie zwróciłabym uwagi na ten film, gdyby nie cała masa pozytywnych recenzji, nominacja do Złotego Globa i wszechobecne przekonanie, że to produkcja na miarę Oscara. Formuła 1? Nie, dziękuję. Dla „Wyścigu” zrobiłam jednak wyjątek, co okazało się znakomitym wyborem.

Film przedstawia kulisy rywalizacji Jamesa Hunta i Nikiego Laudy podczas sezonu w 1976 roku. W „Wyścigu” nie brakuje także kolorowej atmosfery lat 70. i rozbudowanej psychologii postaci, dzięki czemu można mówić o bardzo dobrym, wielowymiarowym obrazie, który spodoba się zarówno zagorzałym fanom Formuły 1, jak i laikom, takim jak ja.

Reżyser, Ron Howard („Piękny umysł”, „Kod da Vinci”), z tą niezwykła historią (momentami, aż nie dowierzałam, że prawdziwą) poradził sobie znakomicie. Pokazując, że wyścig nie toczył się tylko na torze, ale także poza nim, stworzył film o dwóch silnych osobowościach, skrajnie od siebie różnych, ale związanych jedną wielką pasją: miłością do sportu i rywalizacji.

czwartek, 2 stycznia 2014

Hobbit: Pustkowie Smauga/The Hobbit: The Desolation of Smaug



Peter Jackson jest hobbitem, to pewne! Nie wyobrażam sobie, by ktoś inny mógł w taki sposób opowiadać publiczności o Śródziemiu. Wspaniały człowiek z wielką pasją, o którym najpewniej niedługo będzie się mówić, że urodził się po to, by ekranizować Tolkiena i dać niezapomniane przeżycia milionom ludzi na całym świecie. Filmom Jacksona daleko do suchych ekranizacji, to jego opowieści o Śródziemiu, dzieło życia.

Myślicie, że Tolkien byłby zadowolony z takiego przedstawienia jego książek? Przez cały seans to jedno pytanie chodziło mi po głowie... Odpowiedzi niestety nie znalazłam.

Podobnie jak pierwsza część tak i druga przyciągnęła do kin miliony widzów, a wśród nich wielkich fanów Tolkiena i Jacksona, a także zwykłych odbiorców, którzy chcieli po prostu obejrzeć film. I ci ostatni wyjdą z kina zawiedzeni, bo mam wrażenie, że produkcji tak przesyconej drobnymi smaczkami z Śródziemia i miłością doń, ktoś spoza kręgu wtajemniczonych nie jest w stanie przetrawić. „Bajki” – powiedzą, „rozwleczona niepotrzebnie akcja”, „po co aż trzy częśći”, na co ja im powiem: bo to wielkie dzieło fana dla fanów, uczta, na którą powinni przyjść, tylko ci, którzy są głodni Śródziemia.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013!



Jak na dobrego organizatora przystało, zebrałam do kupy podsumowania miesiąca i stworzyłam dla Was podsumowanie roku 2013, które już tradycyjnie będzie podzielone na część książkową, filmową i serialową. Tuż za wyborami kulturalnymi znajdziecie rozliczenie z postanowieniami noworocznymi na mijający rok i plany na nadchodzący Nowy Rok 2014! Zapraszam serdecznie!

2013, jaki byłeś dla mnie?
W gruncie rzeczy dobry, a pod pewnymi względami nawet bardzo dobry.
I za to Ci jeszcze podziękuję...


A jak to było w kulturze?

NAJLEPSZE FILMY:

Obejrzałam 145 filmów. Wybranie tylko trzech okazało się niemożliwe, wybranie pięciu trudne, ale podjęłam wyzwanie, a moje wybory możecie oglądać powyżej. Chciałabym też wyróżnić „Django” i „Kapitana Phillipsa”, które choć poza podium, muszę wspomnieć, choć w tym miejscu.

Filmowe dno roku: ostatnia część „Zmierzchu” i tu zacytuje fragment z moich sierotek:
I tak jak poprzednich trzech części, tak i mój seans ostatniej wyglądał podobnie: ataki śmiechu, przerywane pukaniem się w głowę i słowami „what the f***?!”. Obejrzałam i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że saga „Zmierzch” to według mnie dno i pięć metrów mułu. Fabularnie i aktorsko. Aha i bardzo cieszę się ze wszystkich Złotych Malin, jakimi hojnie obsypano ten film.”

niedziela, 29 grudnia 2013

Grudniowe sierotki



Koniec grudnia, najbardziej magicznego miesiąca... 

Nieuchronnie zbliża się czas nie tyle miesięcznych, co rocznych podsumowań, snucia planów na przyszłość i porównywania tych sprzed roku z tym, co udało się osiągnąć. To wszystko i jeszcze więcej już w następnym poście, a tymczasem zapraszam na podsumowanie grudnia i sierotki! :) :) :)

Książkowe:

„Zapomniany ogród" Kate Morton: mam słabość do opowieści takich jak ta: tajemnice, rodzinne sekrety, poszukiwanie własnego ja, do tego czasy, które już dawno minęły, a które bardzo chciałabym poznać. Kate Morton oczarowała mnie swoim „Domem w Riverton", nie zawiodła „Milczącym zamkiem", tak zachwalany „Zapomniany ogród" okazał się być jednak przyjemną, acz zwyczajną lekturą. Zabrakło magii, czegoś, co pozwoliłoby mi „wyłączyć się" i bez reszty przeniknąć w opisywany świat. Nie wiem, czy to przesyt u mnie takimi historiami, czy też po „Domu w Riverton" żadna inna książka Kate Morton nie jest w stanie mnie powalić na kolana, ale nie czuję się zachwycona lekturą. Owszem była cudowna atmosfera XIX-wieku, wędrówki po tajemniczym ogrodzie, baśniowa autorka książek i straszna rodzinna tajemnica, ale to wszystko razem wydało mi się takie oczywiste i banalne... Nie jest to jednak zła książka, wręcz przeciwnie wciągająca i ciekawa, brakuje jej jednak tego nieokreślonego czegoś, co sprawia, że czytelnik zapomina o otaczającym świecie i chce tylko czytać, czytać i czytać... Ocena: 7/10.

„Życie jest gdzie indziej" Milan Kundera: 2012 był moim rokiem z Milanem Kunderą, bo przeczytałam wtedy aż 5 jego książek i zakochałam się bez reszty w jego twórczości. Potem przyszedł 2013, przeleciał nie wiadomo kiedy, nastał grudzień, a ja ze strachem uświadomiłam sobie, że nic Kundery nie czytałam jeszcze! Pobiegłam więc do biblioteki,  a w niej wygrzebałam stary i bardzo zniszczony egzemplarz tej oto książki, a potem zaczęły się chwile, godziny niezwykłe. Przypadki poety Jaromila. wychowanego pod kloszem, kochanego zbyt mocno, zafascynowały mnie od pierwszej strony. Jak poradzić sobie w świecie, gdy nie wie się niczego? Kundera stawia śmiałą tezę, że poeta musi mieć zaborczą matkę i tę tezę udowadnia... Poza tym, jak zawsze, dotyka tematu komunizmu i jego oddziaływania na życie szaraczków. Nie jest to może powieść na miarę „Nieznośnej lekkości bytu", ale i tak warto. Po Kunderę zresztą zawsze warto sięgnąć. Ocena: 8/10.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Obejrzane przedświątecznie: „Ekspres polarny" i „Opowieść wigilijna"

Czy wierzycie jeszcze w Świętego Mikołaja? Ja przestałam, gdy miałam mniej więcej 5-6 lat. Ten starszy jegomość, ubrany w czerwony kubraczek, nie jest mi jednak potrzebny, by poczuć magię świąt. Wystarczy bliskość kochanych osób, choinka, ciacho i filmy, które umilą czas.

W tym roku na dzień przed Gwiazdką włączyłam dwie animacje, które łączy coś więcej niż reżyser - Robert Zemeckis. Obie opowiadają o utracie radości z świąt. No dobra, przesłanie „Opowieści wigilijnej" jest o wiele bardziej złożone, ale zarówno Chris, jak i Ebenezer mają ze sobą i coś wspólnego. Pierwszy dopiero przestał wierzyć w Świętego Mikołaja i w zasadzie nie wiemy, jaką stałby się osobą, gdyby Ekspres Polarny po niego nie przyjechał i przestałby słyszeć magiczny dzwonek; drugi jest już zgorzkniałym starcem, który w którymś momencie swojego życia, wybrał karierę i pieniądze zamiast miłości i marzeń. Obydwaj dostają szansę.


Chris wsiada do Ekspresu Polarnego i pędzi na Biegun Północny, by spotkać Świętego Mikołaja i zobaczyć elfy. Do Scrooge'a przychodzą trzy duchy, które pokazują mu jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.Tylko od niego zależy, czy zmieni się i uniknie strasznej śmierci w samotności.

Oczywiście „Opowieść wigilijna" jest o wiele bardziej mroczna niż „Ekspres polarny", który pozostaje dobrze opowiedzianą baśnią dla dużych i małych dzieci. Zdjęcia Bieguna Północnego wprawiają w zachwyt, a na ten przeogromny wór z prezentami miałam ochotę natychmiast się rzucić :) Magiczna jest scena, w której pojawia się wreszcie Święty Mikołaj i odjeżdżą saniami, ciągniętymi przez renifery :)


Która z tych historii sprawiła mi więc więcej frajdy? Odpowiedź może być tylko jedna... Jaka? Wyczytajcie

między wierszami :)

Jeszcze raz Wesołych Świąt i obyście zawsze słyszeli magiczny dzwoneczek :):):)

niedziela, 15 grudnia 2013

Klub Dyskusyjny/The Great Debaters


Dopiero, co opowiadałam Wam o rasizmie poprzez historię słynnego baseballisty - Jackiego Robinsona, a dziś znów wracam do tej tematyki. Całkiem przypadkiem trafiłam na recenzję „Klubu Dyskusyjnego" i tak mnie ona porwała, że niemalże natychmiast zabrałam się za oglądanie. I było warto. Bo to film wielki i ważny, do tego opowiadający prawdziwą historię (oczywiście troszkę ubarwioną, by przeciętnemu widzowi lepiej się to oglądało). 

Abstrahując od tematu, jak tak patrzę na nominacje do Oscara w 2008 roku, to nuż mi się w kieszeni otwiera. „Klub dyskusyjny" oczywiście bez nominacji, za to „Juno", film, który, owszem jest dobry, ale tylko i aż tyle, tak. Komisjo, co to ma być? Oscary naprawdę przestają być wyznacznikiem czegokolwiek. Przykre, ale prawdziwe. Cieszy za to nominacja do Złotego Globu, tak być powinno :)


Ten film po prostu nie mógł się nie udać: reżyserem jest Denzel Washington, główną rolę również gra Denzel Washington, a sama historia była tak dobrym materiałem, że po prostu nie można było tego spieprzyć. 


W latach 30. ubiegłego wieku Amerykę trawił rasizm. Biali bez powodu znęcali się nad Czarnymi bądź szukali jakiegokolwiek pretekstu, by ich zlinczować. W jednej ze scen filmu bohaterowie jadą w nocy samochodem, ich podróż zostaje jednak gwałtownie przerwana przez zbiegowisko wściekłych Białych, którzy wieszają i podpalają jakiegoś Murzyna. Co zrobił ten człowiek? Ukradł coś? Zabił kogoś? Czy po prostu był Czarny? W tamtych czasach to było, aż nadto, by porządnie oberwać. Co robią nasi bohaterowie? Młodzi się buntują, Henry chce ruszyć na pomoc, profesor Tolson wie jednak, że nie mają szans. Zawracają. Przepełnieni wstydem, upokorzeni, uciekają. Czy mogli jednak postąpić inaczej?


czwartek, 12 grudnia 2013

42 - Prawdziwa historia amerykańskiej legendy/42



Nie tylko nie jestem fanką baseballu, ale nawet nie znam zasad tej gry. Nie przeszkodziło mi to jednak w obejrzeniu „42”, biograficznego filmu o pierwszym czarnoskórym, który zagrał w Major League Baseball.



Jackiego Robinsona twórcy przedstawiają jako buntownika, niegodzącego się na segregację rasową. Akcja filmu rozpoczyna się zaraz po II Wojnie Światowej, kiedy to w Stanach Murzyni nadal byli uznawani za gorszych, nie mieli wstępów do hoteli i musieli korzystać z osobnych toalet (jeśli takowe były oczywiście). Problematykę tę doskonale znamy m.in. ze „Służących” i „Zabić drozda”, czy zatem warto obejrzeć „42”? Moja odpowiedź musi być twierdząca. Film w reżyserii Briana Helgelanda („Rzeka tajemnic”, „Robin Hood”) to kawał dobrego kina, nie tylko poruszającego jedną z bardziej wstydliwych plam w historii Ameryki, ale jednocześnie będącego świetną rozrywką.

Jestem zdania, że Amerykanie kręcą bardzo dobre filmy biograficzne, które potrafią zainteresować nawet widza, który nigdy nie słyszał o bohaterze lub niezbyt go on interesuje. I tak też jest w przypadku „42”. Każdy fan baseballu pewnie puknie się w głowę, gdy napiszę, że nie słyszałam o Jackim Robinsonie, a i sama gra jest dla mnie mało ciekawa. W pamięci mam gimnazjalne gry w popularnego „palanta” i moją konsternację, gdy nie potrafiłam odbić piłki. Te niezbyt wesołe wspomnienia nie popsuły mi jednak seansu „42”. Od pierwszych minut czułam, że ta historia nie tylko mnie zainteresuje, ale też poruszy. I tak właśnie było.

czwartek, 28 listopada 2013

Listopadowe sierotki



W zeszłym miesiącu pisałam Wam, że mam mały kryzys blogowy i chyba jeszcze do końca się go nie pozbyłam, biorąc pod uwagę, że opublikowałam w listopadzie tylko 7 postów, podczas gdy moja średnia to 12-13. Jesienna aura zachęca mnie najbardziej do spania i oglądania komedii romantycznych, a czytać mi się zbytnio nie chce niestety, a co dopiero pisać… Czekam już jednak na nominacje do Złotych Globów i Oscarów, by się przynajmniej za filmy na poważnie zabrać:)

A w międzyczasie zapraszam na sierotki:

Książkowe:
„Blondynka na Kubie” Beata Pawlikowska: tym razem udałam się z panią Beatą na Kubę, gdzie trochę pozwiedzałyśmy, pouczyłyśmy się historii i szukałyśmy prawdziwego oblicza Ernesta Che Gueavary, Pomimo, że na Kubę mnie bardzo ciągnie, że uważam, że ta wyspa ma niesamowity klimat, a jej zdjęcia mnie zachwycają, książka Pawlikowskiej nie zainteresowała mnie ani trochę. Jakaś taka dziwna, chaotyczna jest. Miło odmianą były za to fragmenty o towarzyszu podróży pani Beaty – zabawnym Angliku, który wyruszył w podróż dookoła świata. Ogólnie, zmarnowany potencjał. Znowu…. Ocena: 5/10.

„Gdzie diabeł nie może… Dziewczyńska podróż dookoła świata 2. Antypody - Ameryka Łacińska” Justyna Minc, Paulina Pilch: druga część tak zachwalanej przeze mnie kilka miesięcy temu książki podróżniczej autorstwa dwóch polskich globtrotterek. Ostatnio zachwycałam się ciekawą i rzetelną treścią, a narzekałam na bardzo małą ilość zdjęć, no to teraz jest prawie na odwrót, tzn. nadal jest rzetelnie, a relację urozmaicają fotografie, ale nie jest już ciekawie i inspirująco. Przykro mi to pisać, ale tak jak czytając pierwszą część chciałam wszystko rzucić i już natychmiast wyruszyć w podróż, tak tym razem ze znudzeniem czytałam kolejne strony, szukając bezskutecznie czegoś, co mnie zainteresuje. A przecież dziewczyny były w tak fantastycznych miejscach! Australia! Nowa Zelandia! Machu Picchu! Moje marzenia, no! Trzeba jednak przyznać, że nadal jest to książka podróżnicza, obfitująca w masę cennych informacji, tylko przygody jakoś brak… Ocena: 5,5/10.

sobota, 23 listopada 2013

Kapitan Phillips/Captain Phillips



Końcówka filmu. Na ekranie Hanks pisze list pożegnalny, na sali idealna cisza. Ja ze łzami w oczach, prawie wstaję z siedzenia, serce w gardle i taki potworny strach z cyklu: „ale jak to, przecież mamy XXI wiek!”.
 
W 2009 roku cały świat żył wydarzeniami, przedstawionymi w tym filmie. Każdy doskonale zna zakończenie, a mimo to „Kapitan Phillips” trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty i niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny, a odtwórca głównej roli, Tom Hanks, stworzył kolejną niezapomnianą postać, postać na miarę Forresta Gumpa.

Akcja filmu zaczyna się z chwilą przygotowań kapitana Richarda Phillipsa do kolejnego rejsu. Przed rozpoczęciem właściwej części tej historii, reżyser pomału wprowadza widza w świat bohaterów. Z jednej strony przedstawia kapitana Phillipsa, jego relacje z załogą, a także wartości, jakimi się w życiu kieruje; z drugiej poznajemy somalijskich piratów, ich motywy i niełatwą sytuację. Paul Greengrass nikogo nie ocenia, przedstawia fakty i zmusza do przemyśleń. Pewnie, że ofiarą jest Phillips, ale nie można zapominać, że bandyci też nie są jednoznacznie źli, za ich zachowaniem i wyborami stoi cały szereg czynników i uwarunkowań, w jakich się znaleźli. Dzięki wprowadzeniu do scenariusza pirackiej perspektywy, historia staje się wielowymiarowa i ciekawsza, 
a bohaterowie nie są czarno-biali.

środa, 6 listopada 2013

Cinema Paradiso



Kiedyś kino miało coś, czego dziś próżno w nim szukać: magię. Piękno muzyki i gry aktorskiej zostało zastąpione przez efekty specjalne i komercjalizację. Obecnie największy sukces osiągają filmy, w których brak artyzmu i które zwyczajnie są zwyczajne. Ileż razy denerwowały mnie w trakcie seansu rozmowy, dzwoniące telefony czy szeleszczenie chipsami. Współczesny widz, któremu zawsze się śpieszy, stawia na łatwą, pozbawioną  głębi rozrywkę. Pamiętam wyprawę do kina na „Niebezpieczną metodę”, poza mną na sali były 3 osoby… 

„Cinema Paradiso” to nostalgiczny powrót do złotych czasów kina, czasów, kiedy każdy seans był ogromnym wydarzeniem. Wraz z Salvatorem powracamy wspomnieniami do małego miasteczka na Sycylii, gdzie najważniejszą osobą jest ksiądz, wszyscy się znają i spotykają raz w tygodniu w maleńkim, starym kinie. Wśród nich jest mały Toto, chłopiec, obdarzony żywą wyobraźnią, na którego przyszłość duży wpływ będzie miała właśnie X Muza i nierozerwalnie z nią związany Alfredo. 

środa, 30 października 2013

Październikowe sierotki



Oj, nie chce mi się ostatnio, nie chce… Na krótko przed drugimi urodzinami bloga dopadło mnie zwątpienie, czy warto dalej prowadzić to miejsce. Nadal dużo czasu spędzam przeglądając Wasze blogi, ale do własnego nie mam już serca. Czasem zastanawiam się, jaki sens ma marnowanie czasu na pisanie recenzji? Dodatkowo wpadłam w coś, o czym pisała kiedyś Bigosowa, tzn. podczas czytania książki myślę, co by o niej napisać i denerwuję się, gdy w głowie mam pustkę. Nie wiem, może to jesień?

Pomimo licznych wątpliwości jednak, zmobilizowałam się i przygotowałam przynajmniej sierotki sumiennie. 

Książkowe:
„Agnes Grey” Anne Bronte: naprawdę chciałam napisać recenzję tej książki, ale nijak mi ona nie szła… Mam wrażenie, że o „Agnes Grey” polscy blogerzy napisali już chyba wszystko, a że ani mnie ta powieść nie powaliła, ani zbytnio mnie nie wciągnęła, dałam sobie spokój z pisaniem na jej temat. Książka napisana jest przystępnym językiem, na pewno jest ważna pod względem obrazu pracy guwernantki i życia ziemiaństwa, i momentami była nawet interesująca. Niestety tylko „nawet” i do tego rzadko. Ocena: 6/10.

„Brzoskwinie dla księdza proboszcza” Joanne Harris: kolejne po „Czekoladzie” i „Rubinowych czółenkach” spotkanie z Vianne Rocher i czarodziejską mocą czekolady. Po 8 latach Vianne wraca do Lansquenet, małej mieściny, której mieszkańcy nadal odczuwają zmiany, jakie nasza bohaterka wprowadziła w ich życie.  Lansquenet nie jest już jednak tym samym miejscem, co kiedyś. Za rzeką założyli osadę  muzułmanie, którzy nijak nie potrafią porozumieć się z miejscowymi. Do tego wszyscy szeptają o tajemniczej Kobiecie w Czerni, której twarzy nigdy nikt nie widział i której tożsamość owiana jest tajemnicą. W „Brzoskwiniach dla księdza proboszcza” Joanne Harris przywołała niepowtarzalny klimat „Czekolady” i stworzyła ciepłe, wlewające się prosto do serca czytadło, do którego zawsze miło będzie mi wrócić. Autorka poruszyła także problem fanatyzmu religijnego, braku porozumienia pomiędzy kulturami Wschodu i Zachodu, i ciekawie opisała konflikty, z jakimi zmagają się mieszkańcy niewielkich miast. Nie zabrakło też ducha nowoczesności w kościele, czemu oczywiście sprzeciwia się stary Reynaud, który jak dobrze pamiętacie, nie potrafił zaakceptować Vianne i jej Chocolaterie. Bardzo udana kontynuacja, czekam na więcej! Ocena: 8/10.

sobota, 19 października 2013

Polowanie/Jagten



Jakoś nie słyszałam o tym filmie, gdy wchodził w marcu na ekrany polskich kin. Ostatnio na fali jest jednak Mads Mikkelsen, który świeci triumfy rolą w serialu „Hannibal”, i tak przeglądając jego filmografię trafiłam na „Polowanie” właśnie. Ocena 8,0 ponad 17 tys. użytkowników filmwebu wydała mi się wystarczającą zachęcająca do seansu. 

Rzecz dzieje się gdzieś w Danii, w zapyziałym miasteczku na prowincji. Kilkuletnia dziewczynka o wybujałej wyobraźni mówi dyrektorce przedszkola, że „nie lubi Lucasa i widziała jego siusiaka, który był sztywny jak kij”. Wspomniany Lucas jest jednym z opiekunów w miejscowym przedszkolu i od początku widać, że ma świetny kontakt z dziećmi. Widz nie ma złudzeń, że mała kłamie, by zwrócić na siebie uwagę i może trochę zemścić się na nauczycielu, który zbeształ ją za podarowanie mu serca. Jak jednak reaguje lokalna społeczność? Nietrudno się domyślić, że wybucha ogromny skandal, a oskarżony o pedofilię Lucas z lubianego i godnego zaufania człowieka zostaje zepchnięty na margines i powszechnie znienawidzony. 

poniedziałek, 14 października 2013

Vera Drake



Aborcja to jeden z tych tematów, na które ludzie zawsze mają zdanie. Zwolennicy mówią o prawie kobiety do decydowania, czy chce mieć dziecko, przeciwnicy o prawie do życia. W Polsce aborcja jest prawnie zakazana, są jednak od tej zasady trzy wyjątki. Pisząc w skrócie, kobieta może usunąć ciążę, jeśli powstała ona w wyniku gwałtu, jeśli płód stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia matki lub jeśli badania wykażą duże prawdopodobieństwo nieuleczalnej choroby płodu. Co jednak z tymi kobietami, których nie stać na wychowanie dziecka lub które boją się porodu, czy zwyczajnie nie nadają się na matki? Polskie prawo zakazuje aborcji w takich przypadkach, z pewnością jednak zdesperowane ciężarne znajdą sposób, by sobie poradzić… Tytułowa bohaterka filmu Mike’a Leigha jest właśnie jedną z tych osób, które pomagają kobietom pozbyć się kłopotliwego problemu...

O Verze Drake rodzina i przyjaciele mówią, że to „kobieta o złotym sercu”, nie wiedzą jednak, że ta miła i zawsze uśmiechnięta kobieta skrywa ogromny sekret… Starając się pomóc młodym dziewczętom, Vera zjawia się u nich po kryjomu ze swoim sprzętem, przeprowadza szybki zabieg i znika, mówiąc: „jutro lub pojutrze zaczną się bóle, idź wtedy do toalety i dziecka już nie będzie”. Wszystko przebiega sprawnie i po cichu, do czasu, aż jedna z pacjentek trafia do szpitala…

wtorek, 1 października 2013

Koneser/La Migliore offerta



Kolejna perełka od wybitnego włoskiego reżysera – Giuseppe Tornatore. 

Trudno stworzyć coś nietuzinkowego o najbardziej oklepanym temacie w dziejach świata – miłości, Tornatore jednak radzi sobie po mistrzowsku i przez nieco ponad dwie godziny uwodzi widza, by na koniec zostawić go w stanie niepokoju. 

Tytułowy koneser to podstarzały Virgil Oldman, właściciel jednego z najważniejszych domów aukcyjnych. Jeden rzut oka wystarczy Virgilowi, by ocenić, czy ma do czynienia z falsyfikatem, co czyni go najlepszym na świecie ekspertem od dzieł sztuki. Bohater to typowy pracoholik, który w pogoni za karierą i pieniędzmi nie miał czasu na życie prywatne. Jedynymi kobietami, jakie miał są skrzętnie zbierane portrety kobiet pędzla wielkich mistrzów malarstwa, które zazdrośnie ukrywa przed światem, a z nielicznymi znajomymi porusza głównie tematy zawodowe. Skrzętnie budowany azyl, jaki sobie stworzył, zaczyna jednak pękać, gdy udaje się na spotkanie z tajemniczą właścicielką willi, której od lat nikt nie widział, a która posiada ogromną kolekcję dzieł sztuki.