„Kiedy przewróci się jedna karta, wali się cały domek. I nie ma jak się wydostać z gruzów. Dopóki ktoś nie przyjdzie i cię nie wyciągnie.”
Opowieść o pierwszej miłości,
takiej, która nigdy nie miała prawa się spełnić… Historia banalna i stara jak
świat – pod piórem Murakamiego jednak odświeżona i znośna.
Główny bohater powieści
to mąż, ojciec, a przede wszystkim mężczyzna. Życie Hajime nie potoczyło się po
jego myśli, przeżywał wzloty i upadki, i w którymś momencie się pogubił. Teraz
jest po trzydziestce i jest właścicielem dobrze prosperującego baru jazzowego.
Czy jest szczęśliwy? Tak, choć tylko pozornie. Wewnętrzną pustkę uświadamia
sobie, gdy po kilkunastu latach w jego barze zjawia się Shimamoto, dziewczyna, z
którą w dzieciństwie łączyła go głęboka przyjaźń. I chyba coś jeszcze, choć
żadne z nich nigdy tego na głos nie powiedziało.
Jaki piękny tytuł… „Na
południe od granicy, na zachód od słońca”… I ta muzyka, którą słyszałam w
głowie podczas lektury… „The Star-Crossed Lovers” Duke’a Ellingtona i „Pretend”
Nat King Cole’a to piękne jazzowe utwory, znakomicie oddające charakter emocji,
targających głównymi bohaterami. Co znajduje się na południe od granicy? –
zastanawiali się w dzieciństwie Hajime i Shimamoto. Nie rozumiejąc angielskich
słów wyobrażali sobie, że Nat King Cole w utworze „South of The Border” śpiewa
o wyjątkowym miejscu, utkanym z marzeń i snów. Dorastając jednak zrozumieli, że
chodzi o Meksyk. I tak jak piosenka straciła dla nich magię, tak rozczarowało
ich życie, w którym twarda rzeczywistość zastąpiła marzenia.
