W lipcu ubiegłego roku, jak grom
z jasnego nieba spadła wiadomość, że autorem książki „The Cuckoo’s Calling” nie
jest debiutujący Robert Galbraith, ale kobieta, która dała światu Harry’ego
Pottera – J.K.Rowling. Zanim ludzkość poznała prawdę, powieść przez trzy miesiące
sprzedała się w liczbie ok. 1500 egzemplarzy (!) i to pomimo ogólnie dobrych
recenzji (acz nie zachwycających). Mało tego: kilkanaście wydawnictw odrzuciło
maszynopis, twierdząc, że nie może sobie pozwolić na wydawanie nikomu
nieznanego autora. Zgodziło się dopiero wydawnictwo Sphere Books (ale potem
mieli niespodziankę:)
Książka pewnie jeszcze długo
pozostałaby niezauważona, gdyby nie wścibska redaktorka „The Sunday Times”,
która przeczytawszy powieść, doszła do wniosku, że jest ona zbyt dobra, jak na
debiut i zleciła śledztwo. Podobno analizowano nawet język utworu, poza tym
sypnął ktoś bliski prawnikom Rowling. I nagle boom! Rowling napisała nową
książkę! Rzesze fanów Harry’ego Pottera zrobiły swoje i „Wołanie kukułki”
momentalnie awansowało w serwisie Amazon z miejsca 4709 na 1!!!
Świetnie skrojona akcja
marketingowa, czy Rowling naprawdę chciała się sprawdzić? Osobiście skłaniam
się ku tej drugiej opcji. Pisarka przyznała, że zależało jej na obiektywnych
recenzjach i uniknięciu medialnego szumu.
Ja cieszę się jednak, że prawda
wyszła na jaw, bo inaczej nigdy nie sięgnęłabym po „Wołanie kukułki”, które
dostarczyło mi kilku godzin prawdziwej przyjemności. Rowling potrafi.
