Zasiadając do lektury „Hańby”,
książki nagrodzonej Nagrodą Bookera, miałam przeczucie, że będzie to powieść
idealna. I nie pomyliłam się.
Co czyni książkę idealną? Dla
mnie ma to miejsce, gdy nie tylko treść wciąga już od pierwszych stron, ale też
skłania do refleksji, jednocześnie nie narzucając jednej interpretacji utworu,
ale zostawiając miejsce na własne przemyślenia. I taka właśnie jest „Hańba”.
„Żyje z tego,
że uczy na Politechnice Kapsztadzkiej, dawniej uniwersytecie. Jest adiunktem w
dziedzinie komunikacji społecznej. Ponieważ sam nie szanuje materiału, który
wykłada, nie robi wrażenia na studentach. Kiedy do nich mówi, patrzą na niego,
jakby był przezroczysty, i nie pamiętają jego nazwiska.”
Głównym bohaterem powieści jest
David Lurie, 52-letni profesor literatury. Davida czytelnik poznaje jako
mężczyznę w kwiecie wieku, który po dwóch nieudanych małżeństwach, szuka
szczęścia w ramionach kobiet lekkich obyczajów. Wydawać , by się mogło, że
wszystko układa się pomyślnie. Do czasu. Któregoś dnia na drodze profesora
stanie jedna z jego studentek, spotkanie skończy się romansem, a Lurie zostanie
oskarżony o molestowanie. Potępiony przez społeczeństwo, zhańbiony, opuszcza
Kapsztad i udaje się odwiedzić córkę – Lucy. Tragedia, jakiej będzie świadkiem,
skłoni go do zmiany myślenia i patrzenia na świat, w którym żyje.