poniedziałek, 13 stycznia 2014

Zniewolony/12 Years a Slave



O rasizmie w kinie było już sporo. Zwłaszcza ostatnio. Mam wrażenie, że jeszcze jeden film, poświęcony temu zagadnieniu i temat się wyczerpie. Naturalnie więc, że po małym rozczarowaniu tak zachwalanym „Kamerdynerem”(recenzja wkrótce), miałam obawy wobec „Zniewolonego”, o którym mówi się, że zgarnie Oscary. Już abstrahując od tego, czy jest to dobre kino (a jest), szczerze mam nadzieję, że jednak tej najbardziej prestiżowej nagrody nie będzie. Byłoby to zbyt oczywiste, a po zeszłorocznym nagrodzeniu „Operacji Argo” chyba więcej oscarowych oczywistości nie zniosę. Dlaczego w minionym roku nie wygrał film, który był prawdziwym powiewem świeżości, jeśli chodzi o rasizm – „Django” Quentina Tarantino? Jeśli Akademia nie była gotowa nagrodzić opowieści o takim niewolniku, to dlaczego miałaby postąpić sztampowo i dać Oscara „Zniewolonemu”? Wierzę, że w tym roku nie będzie przewidywalnie i wstrzymywanie oddechu na dźwięk „and the winner is” będzie jak najbardziej na miejscu.

Reżyser recenzowanej produkcji, Steve McQueen, to ten facet, który dał światu „Wstyd” z rewelacyjnym Fassbenderem. Wcześniej był „Głód” (również z Fassbenderem), a teraz mamy „Zniewolonego” (o dziwo, również z Fassbenderem!). Jako, że tego drugiego jeszcze nie widziałam, nie pokuszę się o poszukiwanie różnych prób, jakim reżyser poddaje tego znakomitego aktora w swoich kolejnych dziełach. Nie, będzie obiektywnie o najnowszym dziecko McQueena, dziecku, które brutalnie rzucone w znudzony świat, próbuje wyjść z próby zwycięsko.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. W 1841 roku Solomon Northup, czarnoskóry skrzypek, został porwany z Waszyngtonu, gdzie żył jak człowiek wolny, i wywieziony na Południe, wciąż głęboko zakorzenione w niewolnictwie. Zapewne domyślacie się, co było dalej: 12 lat poniżania, biczowania i ciężkiej pracy. 12 lat, podczas których Solomon był traktowany gorzej niż zwierzę i z trudem walczył o własną godność i człowieczeństwo.

Bardzo podoba mi się, że większość scen jest niezwykle oszczędna i surowa, od razu widać wprawne oko reżysera, który spisał się znakomicie. Momentami naprawdę ciężko się to ogląda: bicz ze świstem wiruje w powietrzu, biedna Patsy jest brutalnie gwałcona, a wielki biały pan decyduje o tym, kto przeżyje kolejny dzień. Były sceny, w których z przerażenia zamykałam oczy, odwracałam wzrok przed tym strasznym okrucieństwem i chciałam, żeby seans już się skończył. Były wielkie emocje, tyle, że na krótko. Dzień po nie zastanawiałam się gorączkowo, dlaczego tak się działo, nie miałam w głowie żadnych pytań. „Zniewolony” może i jest wybitnym filmem, ale to wszystko już było. McQueen nie pokazał niczego, czym byłby w stanie widza zadziwić. Wytrawny kinoman wyjdzie z seansu jedynie połowicznie usatysfakcjonowany. „Django” o wiele bardziej do mnie przemówiło, Tarantino dał Czarnemu władzę i pozwolił mu się mścić, a McQueen snuje kolejną opowieść o uciemiężonym.


Nie wydaje mi się też, by gra Chiwetela Ejiofora była wybitna, o wiele bardziej wzruszyła mnie, wcielająca się powstać Patsey – Lupita Nyong’o. Całą uwagę widza, gdy tylko pojawiał się na ekranie, kradł jednak biały pan – Edwin Epps, którego wyśmienicie zagrał Michael Fassbender. Jest to zresztą postać o najciekawszym rysie psychologicznym. Z jednej strony bardzo brutalny, karający za najmniejsze przewinienie, z drugiej ogarnięty fascynującą obsesją na punkcie Patsey, która jest jego najważniejszą własnością. Znakomita rola. Kariera Fassbendera idzie w bardzo dobrym kierunku.

To jak to jest ze „Zniewolonym”? Obiektywnie: bardzo dobre kino, kilka wielkich ról ciekawa historia, świetna reżyseria. Tylko, że to wszystko już było. I to jest główny problem tego filmu.

Ocena: 8,5/10.

PS Złoty Glob powędrował oczywiście do „Zniewolonego", a się łudziłam... Cieszy mnie jednak, że najlepszym filmem zagranicznym nie zostało „Życie Adeli". Cudowna niespodzianka. Co do reszty: trzeba w końcu wszystko obejrzeć, do Oscarów będę wiedzieć, czy mogę się zgodzić z wyborami minionej nocy :)

15 komentarzy:

  1. Szkoda, że tak przewidywalnie. I chodzi mi zarówno o film, jak i wyniki Złotych Globów. Tak jak i Ty mam nadzieję, że przynajmniej Oscary nas zaskoczą, ale tymczasem i Zniewolonego mimo wszystko mam na celowniku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zobaczymy :) Na razie czekam na nominacje :)

      Usuń
  2. Fassbender był świetny. Lupita zresztą też. Muszę się niestety z Tobą zgodzić."Zniewolony to film, dobry, wzruszający, ale to wszystko już było. Globa dostał, ale w Oscara nie chce mi się wierzyć

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi się niestety chcę... Nie daleko pada Oscar od Globa...

      Usuń
  3. Ho, ho, czyżbyś miała coś przeciwko nagrodzie dla zasłużonego filmu? ;)
    Co do "Zniewolonego" to jakim cudem ja jeszcze tego nie widziałam? Dobre kino? To coś dla mnie! Nie oglądam dużo tego typu produkcji, w sensie, że o rasizmie, więc dla mnie temat jeszcze się nie wyczerpał. Dlatego z chęcią usiądę do tego filmu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Z nominowanych widziałam tylko "Wyścig", ale tak czułam, że wygra właśnie "Zniewolony". Już się nie mogę doczekać seansu!

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiem, że nie obejrzę tego filmu. Nawet jeśli jest wspaniały. Nie przetrwam. Czasy niewolnictwa, ukazane w brutalny, surowy sposób, podobnie jak czas wojny i obozów koncentracyjnych czy terroryzm to tematy, których unikam. Nie mogę się pozbierać po takich seansach; często, jeśli reżyser nie stroni od naturalistycznych scen, połowę filmu oglądam z zamkniętymi oczami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również źle się czuję w takiej tematyce, ale mimo wszystko oglądam. Nie chcę zamykać oczu na zło.

      Usuń
  6. Dużo sobie obiecywałam po tym filmie, teraz troszeczkę ostudziłaś mój zapał, ale oczywiście nadal mam ochotę tę historię zobaczyć :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie mogę jakoś przekonać się do tego filmu. Nie przeczę, że jest prawdopodobnie świetnie wyreżyserowany, ale po prostu nie czuje zainteresowania jego tematyką.

    OdpowiedzUsuń
  8. Masz rację - nawet, jeśli film jest fantastyczny, wspaniały i widowiskowy, to jeśli nie jest odkrywczy - bardzo wiele traci w oczach widza. Być może obejrzę z ciekawości, ale nie będę się nastawiać na nic specjalnego. W końcu - kurczę, muszę się powtórzyć - to wszystko już było, pokażcie nam konkretny temat w taki sposób, żeby zryło nam banię i kapcie pospadały z nóg!

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeżeli film nie wnosi i nie pokazuje nic nowego, traci na swojej atrakcyjności to fakt. Ale myślę, że mimo tego warto zobaczyć film, chociażby dla ciekawych ról i samej historii:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wydaje mi się, że jednak ten film zgarnie kilka Oscarów. Akademia lubi takie oczywiste rozwiązania...

    OdpowiedzUsuń