O rasizmie w kinie było już sporo.
Zwłaszcza ostatnio. Mam wrażenie, że jeszcze jeden film, poświęcony temu
zagadnieniu i temat się wyczerpie. Naturalnie więc, że po małym rozczarowaniu
tak zachwalanym „Kamerdynerem”(recenzja wkrótce), miałam obawy wobec „Zniewolonego”, o którym
mówi się, że zgarnie Oscary. Już abstrahując od tego, czy jest to dobre kino (a
jest), szczerze mam nadzieję, że jednak tej najbardziej prestiżowej nagrody nie
będzie. Byłoby to zbyt oczywiste, a po zeszłorocznym nagrodzeniu „Operacji Argo”
chyba więcej oscarowych oczywistości nie zniosę. Dlaczego w minionym roku nie
wygrał film, który był prawdziwym powiewem świeżości, jeśli chodzi o rasizm –
„Django” Quentina Tarantino? Jeśli Akademia nie była gotowa nagrodzić opowieści
o takim niewolniku, to dlaczego miałaby postąpić sztampowo i dać Oscara
„Zniewolonemu”? Wierzę, że w tym roku nie będzie przewidywalnie i wstrzymywanie
oddechu na dźwięk „and the winner is” będzie jak najbardziej na miejscu.
Reżyser recenzowanej produkcji,
Steve McQueen, to ten facet, który dał światu „Wstyd” z rewelacyjnym
Fassbenderem. Wcześniej był „Głód” (również z Fassbenderem), a teraz mamy
„Zniewolonego” (o dziwo, również z Fassbenderem!). Jako, że tego drugiego
jeszcze nie widziałam, nie pokuszę się o poszukiwanie różnych prób, jakim
reżyser poddaje tego znakomitego aktora w swoich kolejnych dziełach. Nie,
będzie obiektywnie o najnowszym dziecko McQueena, dziecku, które brutalnie
rzucone w znudzony świat, próbuje wyjść z próby zwycięsko.




