Krytycy
nie mogą się zgodzić, co do „The Words”. Jedni piszą: arcydzieło, inni: tani
melodramat. Podobnie zresztą podzieleni są widzowie. Jedno jest pewne: film
budzi emocje i ciekawość.
Fabuła
skupia się na przedstawieniu historii niespełnionego pisarza – Rory’ego
Jansena. Podczas gdy wydawcy odrzucają jego kolejne książki, Rory żeni się i
wyrusza w podróż poślubną do Paryża. Tam, w sklepie z antykami, zauważa skórzaną torbę, w której znajduje rękopis. Poznawszy historię, jaką skrywa nie
może przestać o niej myśleć. W końcu kopiuje ją i wydaje jako własną, nie
zmieniając ani słowa, nie poprawiając przecinków, ani błędów ortograficznych.
Czysty plagiat. Powieść osiąga ogromny sukces, Rory dostaje nawet nagrodę,
wtedy pojawia się prawdziwy autor książki i opowiada dzieje swojego życia. W
tym miejscu opowieść dopiero się rozpoczyna, odsłaniając coraz to nowe
historie, mniej lub bardziej ważne dla zrozumienia filmu.
Bradley
Cooper dostał rolę pisarza i myślę, że nigdy nie powinien jej otrzymać. Czy
wyobrażacie się tak dobrze zbudowanego aktora, przeżywającego męki twórcze,
cierpiącego na brak weny? Jakoś kłóci się to z moim wizerunkiem artysty, no ale
lecę stereotypami, czego robić nie powinnam. Tak więc do rzeczy.