„To miasto ma
czarodziejską moc. Zanim się człowiek obejrzy, wejdzie mu pod skórę i skradnie
duszę.”
Niedziela, 6 rano. Zaspani jedziemy na lotnisko. Zdajemy bagaż,
przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa, pijemy w pośpiechu kawę, a właściwie
ja piję, bo On niepijący. Lada moment wsiadamy do samolotu, i już czuję tę
radosną ekscytację, która towarzyszy mi zawsze, gdy gdzieś jadę – obojętnie gdzie
– blisko czy daleko. A teraz to będzie taka wspaniała wyprawa – na całe 11 dni,
do wymarzonej Hiszpanii! Cofam się wstecz pamięcią do czasów, gdy przeglądając
kolorowe pisma czytałam o Barcelonie i Costa Brava, oglądając kolorowe zdjęcia
pięknego miasta i wody, w której chciałam się zanurzyć. A teraz mogę naprawdę
tam pojechać! Cieszę się jak dziecko przed Gwiazdką.
Lecimy, krajobraz zmienia się co chwila. Najpierw są pola, potem trochę
chmur, a im dalej lecimy tym niebo jest czystsze i błękitniejsze. Próbuję
czytać, ale za nic mi to nie wychodzi. Jak mogę się skupić na lekturze, skoro
za oknem tyle się dzieje! Przeklinam, że siedzimy koło skrzydła i nie mogę robić
pięknych zdjęć, bo pod nami piękne śnieżne szczyty, pilot mówi, że to Mont
Blanc. Jestem zachwycona, patrzę, zamykam oczy, staram się zapamiętać ten widok
na zawsze.
Girona, południe. Żar bucha nam w twarz, tak – jesteśmy w Hiszpanii. No
to teraz szybko do autobusu, który dowiezie nas do Barcelony.