sobota, 21 grudnia 2013

Święta z Frankiem i Michaelem


Święta, święta! Idą święta!

Może nie będą białe, ale ale...

Choinka pięknie przystrojona stoi i pachnie tak świątecznie...
Już wszystko naszykowane do pieczenia babeczek!
Prezenty prawie wszystkie już są i można myśleć, co słodkiego do nich dodać :)

Jarmark Bożonarodzeniowy na wrocławskim rynku - w tym roku piękniejszy niż kiedykolwiek!
Magiczny, radosny, pachnący! Uwielbiam po prostu!

A gdy wieczór nadchodzi, siadam spokojnie, z kubkiem herbaty w ręku i włączam dwóch Panów, których muzykę kocham całym sercem!

Bo Frank i Michael są dobrym wyborem na każdą okazję. Na święta, Sylwestra, urodziny, rocznicę, chandrę, radość i śmiech!

Więc ja wraz z nimi marzę o białych świętach...


niedziela, 15 grudnia 2013

Klub Dyskusyjny/The Great Debaters


Dopiero, co opowiadałam Wam o rasizmie poprzez historię słynnego baseballisty - Jackiego Robinsona, a dziś znów wracam do tej tematyki. Całkiem przypadkiem trafiłam na recenzję „Klubu Dyskusyjnego" i tak mnie ona porwała, że niemalże natychmiast zabrałam się za oglądanie. I było warto. Bo to film wielki i ważny, do tego opowiadający prawdziwą historię (oczywiście troszkę ubarwioną, by przeciętnemu widzowi lepiej się to oglądało). 

Abstrahując od tematu, jak tak patrzę na nominacje do Oscara w 2008 roku, to nuż mi się w kieszeni otwiera. „Klub dyskusyjny" oczywiście bez nominacji, za to „Juno", film, który, owszem jest dobry, ale tylko i aż tyle, tak. Komisjo, co to ma być? Oscary naprawdę przestają być wyznacznikiem czegokolwiek. Przykre, ale prawdziwe. Cieszy za to nominacja do Złotego Globu, tak być powinno :)


Ten film po prostu nie mógł się nie udać: reżyserem jest Denzel Washington, główną rolę również gra Denzel Washington, a sama historia była tak dobrym materiałem, że po prostu nie można było tego spieprzyć. 


W latach 30. ubiegłego wieku Amerykę trawił rasizm. Biali bez powodu znęcali się nad Czarnymi bądź szukali jakiegokolwiek pretekstu, by ich zlinczować. W jednej ze scen filmu bohaterowie jadą w nocy samochodem, ich podróż zostaje jednak gwałtownie przerwana przez zbiegowisko wściekłych Białych, którzy wieszają i podpalają jakiegoś Murzyna. Co zrobił ten człowiek? Ukradł coś? Zabił kogoś? Czy po prostu był Czarny? W tamtych czasach to było, aż nadto, by porządnie oberwać. Co robią nasi bohaterowie? Młodzi się buntują, Henry chce ruszyć na pomoc, profesor Tolson wie jednak, że nie mają szans. Zawracają. Przepełnieni wstydem, upokorzeni, uciekają. Czy mogli jednak postąpić inaczej?


czwartek, 12 grudnia 2013

42 - Prawdziwa historia amerykańskiej legendy/42



Nie tylko nie jestem fanką baseballu, ale nawet nie znam zasad tej gry. Nie przeszkodziło mi to jednak w obejrzeniu „42”, biograficznego filmu o pierwszym czarnoskórym, który zagrał w Major League Baseball.



Jackiego Robinsona twórcy przedstawiają jako buntownika, niegodzącego się na segregację rasową. Akcja filmu rozpoczyna się zaraz po II Wojnie Światowej, kiedy to w Stanach Murzyni nadal byli uznawani za gorszych, nie mieli wstępów do hoteli i musieli korzystać z osobnych toalet (jeśli takowe były oczywiście). Problematykę tę doskonale znamy m.in. ze „Służących” i „Zabić drozda”, czy zatem warto obejrzeć „42”? Moja odpowiedź musi być twierdząca. Film w reżyserii Briana Helgelanda („Rzeka tajemnic”, „Robin Hood”) to kawał dobrego kina, nie tylko poruszającego jedną z bardziej wstydliwych plam w historii Ameryki, ale jednocześnie będącego świetną rozrywką.

Jestem zdania, że Amerykanie kręcą bardzo dobre filmy biograficzne, które potrafią zainteresować nawet widza, który nigdy nie słyszał o bohaterze lub niezbyt go on interesuje. I tak też jest w przypadku „42”. Każdy fan baseballu pewnie puknie się w głowę, gdy napiszę, że nie słyszałam o Jackim Robinsonie, a i sama gra jest dla mnie mało ciekawa. W pamięci mam gimnazjalne gry w popularnego „palanta” i moją konsternację, gdy nie potrafiłam odbić piłki. Te niezbyt wesołe wspomnienia nie popsuły mi jednak seansu „42”. Od pierwszych minut czułam, że ta historia nie tylko mnie zainteresuje, ale też poruszy. I tak właśnie było.

sobota, 7 grudnia 2013

O upadku monarchii: „Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon" Juliet Grey


Czy życie Marii Antoniny potoczyłoby się inaczej, gdyby była lepiej przygotowana, wstępując na tron Francji? Wszyscy wiemy, jak kończy się historia jednej z najsłynniejszych królowych Francji, mało kto zna jednak jej podłoże. Z lekcji historii doskonale pamiętam przyczyny wybuchu rewolucji francuskiej: głodny lud, rażący splendor monarchii, ruchy narodowowyzwoleńcze na świecie. Juliet Grey nie pomija oczywiście w swojej powieści tych kwestii, stara się jednak oddać sprawiedliwość Marii Antoninie i Ludwikowi XVI, kreśląc ich portrety psychologiczne i opisując zawiłą sytuację, panującą na królewskim dworze. Przeczytawszy powieść nasuwa mi się jeden prosty wniosek: królewska para stała się ofiarami swoich czasów i była na przegranej pozycji już w chwili wstąpienia na tron Francji.

„W Wersalu i Petit Trianon" to drugi tom trylogii amerykańskiej pisarki Juliet Grey o Marii Antoninie, legandarnej królowej. Zakończenie pierwszej części na przekór historii dawało nadzieję: oto młodziutka para obejmuje tron Francji po śmierci rozrzutnego Ludwika XV. Lud wiwatuje, a Maria Antonina jest powszechnie uwielbiana. Prolog drugiej części nie pozostawia już jednak złudzeń co do tego, jaki wydźwięk będzie miała ta opowieść: wychłostana publicznie hrabina de la Motte krzyczy, że to wszystko wina królowej, a ona jedynie wykonywała rozkazy. Zanim jednak dojdzie do afery naszyjnikowej, która na zawsze podkopie autorytet Marii Antoniny, cofamy się do początków panowania habsburżanki, jej relacji z mężem, poczucia osamotnienia i wyobcowania na królewskim dworze.