Chcę mi się krzyczeć z radości po
obejrzeniu „Dancing on the Edge”, bo od czasu premiery „Mad Men” w 2007 roku,
nie zachwycałam się tak bardzo żadnym serialem.
Chcę mi się płakać ze smutku, bo
to tylko mini-serial, doskonała i przemyślana historia, zamknięta jedynie w 5
odcinkach; przygoda krótka, acz intensywna i zaskakująca całą gamą przeżyć.
Chyba nie mogło być lepiej...
Stephen Poliakoff (ten facet,
który zrobił „Wspaniały rok 1939”, film, który polecałam tu) jest chyba
mistrzem w tworzeniu gęstej, tajemniczej atmosfery, opowiadaniu historii, w
których nie wiadomo do końca, co wydarzyło się naprawdę, a co jest tylko
urojeniem; pisaniu bohaterów, którzy, choć twardo stąpają po ziemi, zaczynają
snuć pokręcone teorie.

