Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Goodman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Goodman. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2014

„Dancing on the Edge”, czyli zachwycam się, oj, zachwycam!



Perełka! Arcydzieło! Czysta przyjemność!

Chcę mi się krzyczeć z radości po obejrzeniu „Dancing on the Edge”, bo od czasu premiery „Mad Men” w 2007 roku, nie zachwycałam się tak bardzo żadnym serialem.

Chcę mi się płakać ze smutku, bo to tylko mini-serial, doskonała i przemyślana historia, zamknięta jedynie w 5 odcinkach; przygoda krótka, acz intensywna i zaskakująca całą gamą przeżyć.

Chyba nie mogło być lepiej...

Stephen Poliakoff (ten facet, który zrobił „Wspaniały rok 1939”, film, który polecałam tu) jest chyba mistrzem w tworzeniu gęstej, tajemniczej atmosfery, opowiadaniu historii, w których nie wiadomo do końca, co wydarzyło się naprawdę, a co jest tylko urojeniem; pisaniu bohaterów, którzy, choć twardo stąpają po ziemi, zaczynają snuć pokręcone teorie.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Lot/Flight



Czy lot 227 był z góry skazany na katastrofę, czy też zawinił człowiek? Ze 102 osób, znajdujących się na pokładzie przeżyło 96. A wszystko dzięki cholernie dobremu pilotowi – Whipowi Whitakerowi, który wpadł na pomysł, by odwrócić samolot do góry nogami, dzięki czemu udało się zatrzymać spadanie w dół i odciągnąć maszynę od strefy mieszkalnej. Liczne symulacje komputerowe pokazały, że bezpieczne wylądowanie w takich warunkach, w dodatku uszkodzonym samolotem, było niemożliwe. Whitakerowi się jednak udało i został okrzyknięty bohaterem narodowym. Do czasu. Za śmierć 6 osób ktoś musi bowiem odpowiedzieć. W czasie śledztwa wychodzi na jaw, że w momencie katastrofy kapitan był pod wpływem alkoholu i narkotyków. Media i władze linii lotniczych szybko zapominają, że gdyby pilotem był ktokolwiek inny, zginęłyby 102 osoby, a nie 6. Whitaker zostaje okrzyknięty wrogiem publicznym numer jeden.

Film Roberta Zemeckisa miał spory potencjał, by zyskać uznanie krytyków i widzów. Stało się jednak inaczej. Wina leży po stronie nachalnego moralizatorstwa i wydumanego, pełnego patosu zakończenia. W „Locie” wszystko zdaje się być czarno-białe, a oceny głównego bohatera reżyser dokonał samodzielnie, niemalże nie pozostawiając widzowi miejsca na domysły i przemyślenia. Szkoda, wielka szkoda, bo nominacja do Oscara uciekła Zemecksisowi sprzed nosa (choć i tak uważam, że „Lot” to o klasę lepszy film od „Lincolna” czy „Wroga numer jeden”).