Reklamowany jako oscarowy -
„Kamerdyner”, w reżyserii Lee Danielsa, o Oscary nawet się nie ociera. Jest to
dobre kino, poprawnie podane i zgrabnie zagrane, będące jednak typową produkcją
„pod publiczkę”. Spodziewałam się, że po seansie nie będę mogła wyrzucić z
głowy tej opowieści, dziwiłam się brakowi nominacji do Złotego Globu i byłam
pewna Oscara dla Foresta Whitakera; tymczasem teraz wiem jedynie, że zmarnowano
świetną historię z powodu nadmiernej poprawności politycznej. A to mnie, jako
kinomankę, boli.
Film rozpoczyna się mocnym
uderzeniem: przenosimy się w lata 20-te na jedną z wielu plantacji bawełny na
południu Stanów Zjednoczonych, gdzie matka głównego bohatera zostaje zgwałcona
przez swojego białego „właściciela”, a jego ojciec zabity za próbę postawienia
się. To dramatyczne wydarzenie uczy małego Cecila Gainesa, że wolność
czarnoskórych jest fikcją i że lepiej się nie wychylać. Dzięki takiej postawie
zostanie dostrzeżony przez szefa personelu w Białym Domu i będzie przez dekady
służył kolejnym prezydentom Stanów Zjednoczonych. Zawsze w cieniu, nic nie
widząc i nie słysząc, bezgłośnie podaję kawę i ciasteczka, gdy w tle rozgrywają
się polityczne rozmowy na najwyższym szczeblu.
