sobota, 23 czerwca 2012

Ostatnia miłość na Ziemi/Perfect sense


            Wyobraźcie sobie, jakbyście się czuli, gdybyście nagli nie czuli zapachu świeżo skoszonej trawy, smaku ulubionej potrawy. Życie nie smakowałoby tak dobrze, prawda? A co, gdybyście nagle przestali słyszeć i widzieć, i musieli żyć w społeczeństwie, w którym nikt nie słyszy i nie widzi.

„Ostatnia miłość na Ziemi” to kolejny film apokaliptyczny, produkcji blisko zarówno do „Contagion – Epidemii strachu”, jak i do „Melancholii”. W obrazie Davida Mackenziego wirus rozprzestrzenia się równie nagle i szybko jak w „Epidemii strachu”. Pewnego dnia ludzie stracili zmysł węchu. Podczas gdy naukowcy pracowali nad antidotum, przyszła kolejna tragedia: utrata smaku. Większość filmu jest bardzo przygnębiająca i depresyjna, a zdjęcia są ponure, utrzymane w stylistyce katastroficznej. Po nie więcej niż 20 minutach seansu widza ogarnia „melancholia”, by nie opuścić go już do samego końca. Jedynym promykiem nadziei jest rodząca się miłość pomiędzy Michaelem i Susan. Bohaterowie pewnie nie mogli się poznać w gorszym czasie, co nie oznacza jednak, że nie potrafią się odnaleźć w postapokaliptycznym świecie. Nie wiemy, czy jest to ostatnia miłość na Ziemi, ale wiemy, że jest prawdziwa i kojąca. Nikt przecież nie chce umierać w samotności.

Akcja zasadniczo toczy się powol, przyśpieszając jedynie w zasadniczych momentach. W filmie brak efektów specjalnych, a widz skupia się na obserwowaniu tego, jak świat radzi sobie z dziwną epidemią, która nastała. Reżyser przedstawia bardzo intrygującą wizję: oto człowiek nagle przestaje czerpać przyjemność z jedzenia, nie mogąc go powąchać, a gdy nie może go także spróbować zaczyna jeść wszystko, byleby tylko mógł poczuć delikatną konstynencję na języku. Znamienna jest scena, w której podczas kąpieli, Susan zaczyna zlizywać z Michaela żel do golenia, po chwili bohaterowie jedzą także mydło, ciesząc się jak dzieci, że coś czują.

Wraz z utratą kolejnych zmysłów, świat pogrąża się w coraz większym chaosie, a ludzie ponownie czerpią radość z miłości. Nagle ważne się staje, by dzielić życie z kimś, by nie umrzeć w samotności. Jak mówi narratorka, są dwie drogi: czekać na koniec świata lub żyć dalej i pogodzić się z nową rzeczywistością. Nasi bohaterowie, pozbawieni najważniejszych zmysłów, nauczyli się kochać i doceniać piękno dnia dzisiejszego. 

„Ostatnia miłość na ziemi” to film tragiczny, który jednak jest także wielką pochwałą życia. Reżyser przypomina nam, jakimi szcześciarzami jesteśmy, mogąc poznawać świat za pomocą wszystkich zmysłów. Kiedy więc następnym razem będziecie słuchać ulubionej piosenki, wyobraźcie sobie, co byście czuli, wiedząc, że już nigdy jej nie usłyszycie.


Ocena: 7,5/10.

4 komentarze:

  1. Interesujące! Może obejrzę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Recenzja brzmi bardzo ciekawie.;) Wakacje się zbliżają, więc pewnie obejrzę.;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie grzmi genialnie! Ja zawsze, gdy jestem chora i mam okropny katar nie czuje smaków i zapachów. Naprawdę to jest okropne, nie można się cieszyć smakiem potraw i nic się czuje. Z pewnością obejrzę w wolnej chwili. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam.

    Chciałabym serdecznie zaprosić Ciebie, oraz osoby, które przeczytają ten komentarz, na losowanie odbywające się na moim blogu. Jest to pierwsze z wielu, które zamierzam przeprowadzić. Ma ona za zadanie odnaleźć nowych właścicieli dla książek, które zostały zapomniane. Zerknij i zapoznaj się z zasadami!

    Pozdrawiam serdecznie.
    Łędina z Wielkiej Biblioteki Ossus.

    OdpowiedzUsuń