Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2013

„Z widokiem na Italię” Peter Moore, czyli stara vespa, wiatr we włosach i piękne Włochy



Zabawna i do bólu szczera książka o szalonej podróży na vespie pewnego Australijczyka, który na 40-ste urodziny postanowił spełnić w końcu marzenie życia i przejechać słoneczną Italię wzdłuż i wszerz. Zaczyna się od wspomnień o dawno oglądanych filmach z Sophią Loren, o fascynacji „Słodkim życiem” Felliniego, włoskim szykiem i vespą. A dalej jest jeszcze lepiej.

Pierwsze kroki Petera Moora we Włoszech są nieco nieporadne (ale jak to wszystko zamykają o 13, bo jest sjesta? Cappuccino wypada pić tylko rano?). Kupiona przez Internet stara vespa psuje się już na samym początku, a nasz podróżnik zostaje uziemiony w Menaggio nad Jeziorem Como (a kto by nie chciał?). Szybko jednak okazuje się, że Włosi bardzo entuzjastycznie reagują na Australijczyka, który za wszelką cenę stara się wskrzesić klimat „Rzymskich wakacji” i być równie włoski jak Marcello Mastroianni. 

czwartek, 17 października 2013

„Blondynka w Australii” Beata Pawlikowska, czyli marzenie życia



„Tak właśnie spełnia się marzenie małej dziewczynki, która w nabożnym zachwycie wpatrywała się w fotografie zamieszczone w srebrnej broszurze. Zobaczyłam siebie w małym pokoju na ósmym piętrze bloku w Koszalinie(…). Natychmiast przenosiłam się w wyobraźni do Australii, do świata Aborygenów, do czerwonej skały, do podróży, poznawania, emocji i przygód.”

Australia to moje podróżnicze marzenie życia. Po książkę Pawlikowskiej sięgnęłam więc podekscytowana. Najpierw przekartkowałam całość i obejrzałam przepiękne zdjęcia, a dopiero potem zaczęłam się zagłębiać w treść. Jakie było moje zdziwienie, gdy przeczytałam, że pani Beata też marzyła od zawsze o Australii! Momentami czułam się jakbym wraz z nią uczyła się tego miejsca i dziwiła, że łabędzie są czarne, drzewa zrzucają korę zamiast liści, a śliwka tak naprawdę jest czereśnią. 

Inny świat! Cudowny, egzotyczny, jedyny, jaki spędza mi sen z powiek…

W „Blondynce w Australii” można poczytać trochę o historii, problemach rządu z Aborygenami, a może raczej Aborygenów z cywilizacją, nietypowych świętach w Tasmanii, przywitaniu Nowego Roku w Sydney i podróży przez gorącą czerwoną ziemię, aż do jej serca – świętej skały Uluru. Oczywiście nie brakuje też, miejscami naprawdę dziwnego i wydumanego, filozofowania, wizji, przeczuć i wszystkiego tego, co czytelnicy zarzucają Pawlikowskiej.

wtorek, 10 września 2013

„Dziewczyny w podróży” Jennifer Bagget, Holly C. Corbett, Amanda Pressner, czyli o tym, jak odbyłam podróż dookoła świata, nie wychodząc z domu



Tytułowe „dziewczyny w podróży” zrobiły coś na co ja pewnie nigdy się nie odważę: rzuciły pracę, chłopaków, bezpieczne życie w Nowym Jorku, spakowały plecaki i ruszyły w roczną podróż dookoła świata. Na chwilę przed 30-stką poczuły, że to jest odpowiedni i być może ostatni moment, by zmienić coś w swoim życiu i zacząć wszystko od nowa, odkurzyć zapomniane marzenia, zrealizować wyznaczone cele i nader wszystko – dogadać się ze sobą. Tak rozpoczyna się pełna przygód, radości i zabawy, ale także smutku i tęsknoty,  podróż dookoła świata.

Jennifer i Amanda zaprzyjaźniły się na studiach i udały w podróż po Europie, w czasie której równie dużo zwiedzały, jak i imprezowały. Po uzyskaniu dyplomu Jen dostała pracę w telewizji, a Amanda w jednym z kobiecych pism, gdzie poznała Holly. Dziewczyny zaczęły spędzać czas we trójkę i tak odkryły, że łączy ich pasja do podróżowania. Chyba Holly pierwszy rzuciła pomysł wyprawy dookoła świata, co zgrało się w czasie z problemami Jen z chłopakiem i pomysłem Amandy na pisanie reportaży z podróży. I tak dwa lata później wsiadły w samolot do Limy i rozpoczęły przygodę swojego życia.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

„Gdzie diabeł nie może... Dziewczyńska podróż dookoła świata. Z Warszawy lądem na Bali. Część 1” Justyna Minc, Paulina Pilch



W sierpniu 2010 roku Justyna i Paulina wyruszyły pociągiem z Warszawy do Moskwy, rozpoczynając w ten sposób roczną podróż dookoła świata. Wrażeniami z odwiedzanych miejsc, opisami przeżyć, refleksjami dzieliły się na swoim blogu, który początkowo miał być tylko sposobem na komunikację z najbliższymi. Tymczasem blog nominowano do Travelera National Geographic, a czytelników przybyło na tyle, że w 2012 roku wydano książkę na jego podstawie.

„Gdzie diabeł nie może... Dziewczyńska podróż dookoła świata. Z Warszawy lądem na Bali” to pierwsza część zapisków dziewczyn, opisująca ich podróż przez Rosję, Mongolię, Kambodżę, Wietnam, Tajlandię, Indie, Laos, Malezję, Japonię, Chiny i Bali (jeśli coś pominęłam, proszę o wybaczenie). I tak od nieco nudnej drogi na trasie Warszawa-Moskwa, poprzez ekscytującą wyprawę koleją transsyberyjską, problemy z przekraczaniem chińskich granic i brudem w Indiach, dotarły aż na bajkowe Bali, gdzie zachwyciły się, ale bynajmniej nie tym, co oczywiste dla wczasowiczów z Tui.

niedziela, 19 maja 2013

„Blondynka na Bali” Beata Pawlikowska - tylko gdzie to Bali, pani Beato?



„Prawdziwa boskość nie znajduje się w świątyniach wzniesionych ludzką ręką, lecz w tym, co stanowi o istocie wiary, czyli miłości noszonej we własnej duszy.”

Na tę książkę w bibliotecznej kolejce musiałam czekać pół roku. Wiadomo – Bali jest ostatnio na topie, a to za sprawą Julii Roberts i filmu „Jedz, Módl się, Kochaj”. Tak, ja też wpadłam w „baliowy” szał i bardzo chciałabym tę wyspę odwiedzić, zwiedzić, poznać, zasmakować… Dlatego cierpliwie czekałam na „Blondynkę na Bali”, pełna nadziei na interesującą i pełną pasji lekturę. Niestety już w połowie zaczęłam zastanawiać się, o czym właściwie jest ta opowieść? O trudach w podróżowaniu po Indonezji, arabskich łazienkach, turystycznej komercji? Bo na pewno nie o Bali.

Przyznajcie, opis z okładki brzmi kusząco: Samotna wyprawa do Indonezji. Miesiąc spędzony w drodze przez wulkany i plaże, pola ryżowe i tropikalne lasy. Świątynie, kadzidełka, spotkanie z szamanem i Boże Narodzenie o zapachu dojrzałych durianów. Było bosko!” Tymczasem już po dwudziestu kilku stronach, wiedziałam, że tym razem Beata Pawlikowska nie będzie się zachwycać i chłonąć całą sobą świata. Nie, jak się okazało relacja z wyprawy na Bali to w 90% narzekanie, pomijając już fakt, że książka w połowie jest o Jawie, a nie o Bali. W związku z czym zastanawiam się, co w takim razie zawiera wydana niedawno „Blondynka na Jawie”? Może relację z kolejnej wyspy Lombok? A może jednak Bali? W końcu warto byłoby napisać cokolwiek konstruktywnego o tym miejscu…

wtorek, 16 kwietnia 2013

„Blondynka w Chinach” Beata Pawlikowska, czyli trochę o historii, kuchni i... toaletach



„Herbata jest jak życie. Pierwsza filiżanka to młodość. Gorzka, pełna rozczarowania, które dostajesz od życia. To czas nauki i zdobywania doświadczenia. Drugi filiżanka to wiek dorosły. Wtedy umiesz korzystać z wiedzy, którą wcześniej zdobyłeś, zjadasz słodkie owoce nauki, zdobyte w młodości. Trzecia filiżanka to wiek dojrzały. Trochę gorzki trochę słodki, z kroplą miodu i rozgrzewającego imbiru.”

Przypomnijcie sobie wszystko, co usłyszeliście kiedykolwiek o Chinach, a potem sięgnijcie po publikację Beaty Pawlikowskiej.

Czy Wy też myśleliście, że Chiny to „smutny komunistyczny kraj z uciskanymi obywatelami, którym zabrania się mieć więcej niż jedno dziecko”? A może o uszy obiło się Wam, że w Pekinie jest 9 milionów rowerów? Jeśli tak, to znaczy, że podobnie jak ja, macie błędne przekonanie o tym kraju…

Naczelna Blondynka Polski tym razem zabrała mnie w podróż do Chin. To niezwykłe miejsce przedstawiła poprzez pryzmat historii, kuchni i toalet. Można więc przeczytać o życiu ostatniego cesarza i Rewolucji Kulturalnej, ale także o chińskiej kuchni i najlepszej herbacie świata. Najbardziej zaskakuje jednak króciutki rozdział, poświęcony toaletom:

„Była tam jedna okropna rzecz. Zdumiała mnie i chyba nigdy nie chciałabym przenieść jej do Polski. To chińskie toalety. Nie ma w nich w ogóle intymności. Toaleta to malutkie pomieszczenie, w którym obok siebie znajdują się w ziemi trzy dziury. Nie są one niczym od siebie oddzielone. Do środka wchodzą jednocześnie trzy osoby i tam się razem załatwiają.  Ale to jeszcze nic. (…) Są gorsze toalety. Gdy pierwszy raz do nich weszłam, pomyślałam, że są fajne, bo przynajmniej są w nich ścianki odgradzające ludzi. Szybko zmieniłam zdanie. Zwrócił moją uwagę fakt, że w toaletach nie było dziur, tylko taki pojedynczy kanał biegnący wzdłuż kabin. Kucnęłam sobie nad tym korytem i nagle zobaczyłam, że tuż przed moimi oczami płynie to, co zrobiła Pani, która siedziała w kabinie powyżej. Kabiny muszą być ułożone pod kątem, aby to, co robi Pani na samej górze spłynęło na sam dół. Gdy ktoś siedzi na dole, ma więc przegląd wszystkiego, co zostało zrobione wyżej”.

piątek, 8 marca 2013

„Podróże z Herodotem” Ryszard Kapuściński - o przekraczaniu granic czasu i przestrzeni



„Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić jest wydrążony, ma wypalone serce.   W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze - uroda życia.”

Ryszard Kapuściński pisze, że przez długi czas dręczyło go pragnienie, by po prostu przekroczyć granicę i zobaczyć, co się za nią znajduje. Nie marzył o zwiedzeniu Paryża czy Rzymu, chciał po prostu dokonać mitycznego aktu przejścia na drugą stronę. O swoich pierwszych podróżach w przestrzeni i czasie opowiada w „Podróżach z Herodotem”.

Pisarz wraca wspomnieniami do czasów, gdy świeżo po studiach, dostał pracę w „Sztandarze Młodych”. Były lata 50., komunizm zdecydowanie nie sprzyjał rozwoju artystycznemu Polski, która była zacofana w porównaniu do Zachodu. Młody Kapuściński szybko został zauważony, a jego reportaże zostały nagrodzone m..in. Złotym Krzyżem Zasług. Pewnie dlatego też to jego redaktorka wybrała, by pojechał do Indii i napisał o kulturze, i zwyczajach tam panujących. 

poniedziałek, 18 lutego 2013

„Zapiski z wielkiego kraju” Bill Bryson, czyli ironicznie o Ameryce



Ameryka – kraj fast foodów i baseballu. Potęga - pod wieloma względami. Miejsce, gdzie załatwienie sprawy w urzędzie graniczy z cudem, a wolny czas spędza się w centrach handlowych.  Do takiej Ameryki po 20 latach nieobecności wraca Bill Bryson, felietonista, znany ze swego ironicznego stylu i specyficznego poczucia humoru.

Bryson, gdy opuszczał ojczyznę był jeszcze młodzieńcem, podczas, gdy powrócił jako człowiek dojrzały, obciążony bagażem doświadczeń, angielską żoną i czwórką dzieci. Był więc zupełnie innym człowiekiem. Nie on jeden jednak: dawno niewidziana, odrzucona przezeń Ameryka, niczym obrażona kochanka, wypięła się na niego i zmieniła tak bardzo, że z trudem może ją poznać. I właśnie o tym odkrywaniu ojczyzny na nowo traktują „Zapiski z wielkiego kraju”.

Książka jest zbiorem felietonów, jakie ukazały się w gazecie „The Mail on Sunday” w latach 1996-1998. Niektóre teksty nie są więc już aktualne, ale bynajmniej nie odbiera im to uroku. Bryson porusza szeroką gamę tematów: od konsumpcjonizmu po karę śmierci, sprzedaż wysyłkową i biurokrację. Niektóre felietony rozśmieszyły mnie do łez, inne mocno wynudziły lub zirytowały niepotrzebną ilością danych statystycznych. Brysonowi nie można jednak odmówić poczucia humoru i lekkiego, ironicznego stylu, dzięki czemu lektura jest przeważnie łatwa i przyjemna. W „Zapiskach z wielkiego kraju” nie znajdziecie naukowych wywodów, próbujących wyjaśnić, dlaczego w Ameryce jest tak, a nie inaczej. To, co dostaniecie, to swobodne opowiastki o codziennym życiu człowieka, który zapomniał, jak to jest być Amerykaninem i dlaczego właściwie to jest takie fajne.

sobota, 2 lutego 2013

„Świat w pigułce, czyli Teksas jest większy od Francji” Piotr Kraśko, czyli reportaże z podróży



„Opowieść o Włoszech można zacząć od rzymskiego Koloseum, miasteczka Corleone na Sycylii, spotkania z gondolierem w Wenecji, wartego dziesiątki milionów jachtu w Portofino, fabryki ferrari w Modenie, pizzerii w Neapolu, gdzie po raz pierwszy przyrządzono Margheritę, widoku na katedrę w Mediolanie, jaki wyłania się nagle po wyjściu na plac z drugiej strony(…)”.

Piotr Kraśko potrafi – to pierwsze, co nasunęło mi się na myśl po przeczytaniu „Świata w pigułce”. A dlaczego tak twierdzę? Bo nie spodziewałam się, że reportaże Kraśki będą ciekawsze od relacji Pawlikowskiej, Wojciechowskiej, a nawet Cejrowskiego! A tak właśnie jest.

Na książkę składają się opisy podróży do Włoch, Szwecji, obu Ameryk, Afryki i na Bliski Wschód. O każdym miejscu autor potrafi nie tylko ciekawie napisać, ale też zwrócić uwagę na mało znane fakty. Nie jest to więc sztampowa relacja, kładąca nacisk głównie na kulturę i historię kraju. U Kraśki znajdziemy dużo anegdot i dygresji, jest tu sporo szczegółów, ale dotyczących niewielkiej ilości tematów. Reporter skupił się na dokładnym przedstawieniu kilku opowieści, co z jednej strony pozwala sporo się dowiedzieć, ale pozostawia też ogromny niedosyt. Relacja z Włoch zajmuje raptem 50 stron, a z Szewecji nieco ponad 30! Sami widzicie, że nie jest tego zbyt wiele. 

czwartek, 13 grudnia 2012

„Blondynka w zaginionych światach” Beata Pawlikowska, czyli śladami czterech wielkich cywilizacji



W kolejną podróż Blondynka zabrała mnie do czterech zaginionych światów, a więc do inkaskiego Machu Picchu, azteckiego Miasta Bogów, polinezyjskich posągów Moai i kambodżańskiej świątyni Angkor Wat. Wszystkie opisywane miejsca są majestatyczne i tajemnicze. Do dziś nie wiadomo, jak powstawały słynne kamienne posągi na Wyspie Wielkanocnej i skąd przypłynęli tam pierwsi ludzie. Naukowcy spierają się także, jakie było pierwotne przeznaczenie słynnego Machu Picchu w Peru. Jedna z hipotez mówi, że było to centrum naukowe, inna, że było to miasto, przeznaczone dla Dziewic Słońca. Te, jak i wiele innych tajemnic, związanych z czterema wielkimi cywilizacjami, może nigdy nie zostać rozwiązanych. Starając się jednak przybliżyć czytelnikom te miejsca, Beata Pawlikowska przywołuje legendy, wierzenia, historię, zapisy z dzienników podróżników, nie stroniąc także od opisów, jak wygląda życie współczesnych mieszkańców. 

Autorka wiele miejsca poświęciła także najróżniejszym potrawom i ich zdjęciom. I tak można dowiedzieć się, jak złagodzić wewnętrzny ogień po papryczce habanero i jak smakuje pieczona świnka morska. Blondynka często podkreśla, że chętnie próbuje egzotycznych potraw, bo dzięki temu może lepiej wsiąknąć w kulturę danego kraju. Jakkolwiek by nie było, jedzenie pieczonego świerszcza w Meksyku to co innego niż włoskie lody czy pizza. Nie wiem, jak Wy, ale ja chyba bym się nie odważyła…

Blondynka w Machu Picchu

środa, 10 października 2012

„Blondynka na tropie tajemnic” Beata Pawlikowska, czyli moja pierwsza podróż z Blondynką



„Siódmego dnia na Zanzibarze wsiadłam w łódź i popłynęłam przez ocean. Ciepły wiatr głaskał mnie po włosach, szumiały palmy kokosowe, świeciło tropikalne słońce, a ja pomyślałam, że w takich chwilach czas staje i przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko to, co jest tu i teraz.”

Beata Pawlikowska to, obok Martyny Wojciechowskiej i Wojciecha Cejrowskiego,najpopularniejsza polska podróżniczka, przynajmniej ostatnimi czasy. Kiedyś każdą niedzielę spędzałam z „Światem według Blondynki”, autorskim programem pani Beaty na antenie Radia Zet, od dawna chciałam też sięgnąć po którąś z jej książek. Zapiski z podróży Wojciecha Cejrowskiego dosłownie połykam, a jako, że Pawlikowska jest jego byłą żoną po prostu musiałam się przekonać, czy pisze równie dobrze. Zastanawiam się też, czy kiedyś razem wędrowali przez amazońską dżunglę…