czwartek, 9 lutego 2012

Prawnik z Lincolna/The Lincoln Lawyer

Matthew McConaughey wyszedł z roli amanta filmowego, by wcielić się w cynicznego prawnika. I wyszło mu to znakomicie. Aktor, którego znam głównie z komedii romantycznych, w tym rewelacyjnej „Jak stracić chłopaka w 10 dni”, pokazał, że potrafi też stworzyć postać zaskakującą i wielowymiarową.

 Mick Haller jest wziętym adwokatem, broniącym bez najmniejszego zawahania najgorszych przestępców. Za odpowiednią sumkę, zrobi wszystko. Nie ma wyrzutów sumienia, obojętne mu jest, że gwałciciele i mordercy chodzą po ulicach. Do czasu. Trafi bowiem na rozpieszczonego młodzieńca, oskarżonego o brutalny gwałt i pobicie. Haller jest najlepszy w swoim fachu, toteż wymyślenie linii obrony dla Louisa Rouleta zajmie mu dosłownie chwilę. Sytuacja jednak ulegnie zmianie, gdy Roulet zadrze z adwokatem w nieodpowiednim momencie, w chwili, gdy Hallera zaczęły już dręczyć wyrzuty sumienia z powodu wsadzenia na 15 lat więzienia niewinnego człowieka.

              „Prawnik z Lincolna” to thriller prawniczy, jeden z moich ulubionych gatunków filmowych, jak i serialowych (patrz: „Damages”). Akcja, choć początkowo trochę chaotyczna, później nabiera tempa i trzyma w napięciu. Zawsze zastanawiało mnie, jak adwokat może spojrzeć sobie w twarz po wybronieniu największego zwyrodnialca. Myślałam: „to muszą być osoby pozbawione uczuć, zorientowane na sukces i gotowe zrobić wszystko dla pieniędzy”. I czy tak faktycznie nie jest? I czy można prawników winić za to, że potrafią tak świetnie manipulować faktami? Czy raczej winy szukać po stronie nieudolnej prokuratury? W „Prawniku z Lincolna” można zobaczyć, jak dobry adwokat wyciągnie z więzienia winnego, a wsadzi doń niewinnego. I jak będzie sobie z tym radzić.

              Pierwsze skrzypce w filmie gra bezspornie Matthew McConaughey, który wykreował postać wielowymiarową, przechodzącą wewnętrzną przemianę: od aroganckiego i bezwzględnego obrońcy do trochę skołowanego człowieka, który zawiódł się na swoim zawodzie i stara się naprawić błędy. Sposób mówienia, zachowanie, gesty, przypominają mi Raya Fiska z „Damages”, a więc obrońcy Arthura Frobishera z pierwszego sezonu. Ryan Philippe bezbłędnie zagrał sprytnego i zepsutego maminsynka. Przy tej dwójce dość blado wypadł Josh Lucas, grający prokuratora.

              Film spodoba się zwłaszcza lubiącym śledzenie potyczek słownych na sali sądowej. Montaż może nie jest rewelacyjny, ale rekompensują to nieoczekiwane zwroty akcji i barwni bohaterowie. Jednym słowem: warto.

Ocena: 7/10.

3 komentarze:

  1. Kurcze, nie spodziewałam się czegoś takiego po McConaugheyu. Jak widać, trzeba obejrzeć ten film.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oglądałam ten film już jakiś czas temu. Nie umiałabym ocenić go obiektywnie, bo generalnie bardzo lubię filmy prawnicze, ale mogę powiedzieć, że mi również przypadł go gustu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja również mam słabość do tego gatunku ;)

      Usuń