Gdy słyszymy Tarantino,
myślimy: krew, świetne dialogi i nietuzinkowa fabuła. Można więc chyba
powiedzieć, że Quentin Tarantino to już swoista marka, którą albo się uwielbia,
albo nienawidzi. Jego filmy są tak charakterystyczne, że nawet gdyby puszczono
nam fragment któregoś i nie wiedzielibyśmy, kto jest reżyserem, bez mrugnięcia
okiem odpowiedzielibyśmy: tu widać robotę starego dobrego Quentina.
Podobnie jak w
„Bękartach wojny” Tarantino na tapetę wziął historię. Po spektakularnym
spaleniu Trzeciej Rzeszy, przyszła pora na rozprawienie się z niewolnictwem w
okresie przed wojną secesyjną. I tak zanim wybuchnie potyczka pomiędzy Północą
a Południem, dr King Schultz (w tej roli nominowany do Oscara i absolutnie
uwielbiany przeze mnie Christopher Waltz) uwolni jednego z niewolników i uczyni
go łowcą głów. Django, obdarzony ciętym językiem i celnym okiem, pomaga
Schultzowi w namierzeniu braci Brittle. Po wykonaniu zlecenia mężczyźni zaprzyjaźniają
się i razem zabijają złych białych. Knują także misterną intrygę, mającą na
celu odzyskanie ukochanej Django - Broomhildy - z plantacji zepsutego i
obrzydliwie bogatego Calvina Candie.


