sobota, 12 listopada 2011

Jeden dzień/One Day

Miałam wiele oczekiwań, wybierając się do kina na „One day” w reżyserii Lone Scherfig. Oczekiwań, które niestety nie zostały spełnione.

            Bohaterami filmu jest dwoje ludzi, którzy poznali się 15 lipca 1988 roku - w dniu zakończenia szkoły. Ona – ewidentna kujonka z nosem w książkach, niewątpliwie jednak urocza ( dzięki niezawodnej Anne Hathaway ). On – dusza towarzystwa, łamacz kobiecych serc ( w tej roli Jim Sturgess ). Wiadomo jak to jest: za dużo alkoholu, poczucie wolności i tych dwoje ląduje razem w łóżku. Co prawda seksu z tego nie ma, ale za to rodzi się przyjaźń, której rozwój możemy obserwować na przełomie 20 lat. 

Fabuła niby banalna, ale przedstawienie losów Emmy i Dextera poprzez jeden jedyny dzień każdego roku, wydało mi się ciekawym pomysłem i dlatego oczekiwałam czegoś więcej niż kolejnej do bólu przewidywalnej historii. Po reżyserce „An Education” spodziewałam się opowieści, w której się zakocham i którą będę chciała oglądać bez końca (tak jak „The Notebook”, „500 days of Summer” czy wspomnianą już „An Education”). Niestety zawiodłam się, całość przedstawiona i opowiedziana jest w sposób nieco przynudnawy, chociaż nie powiem, były momenty. Było też kilka zabawnych sytujacji, które spowowodowały spazmy śmiechu u widowni. Były też piękne zdjęcia, wpadająca w ucho muzyka i piękna Anne Hathaway. To wszystko jednak nie wystarczy, by film mógł mnie wzruszać i bawić raz za razem.

„One day” nadaje się bardziej na babski wieczór z przyjaciółką niż randkę z chłopakiem, który może zasnąć w czasie seansu. Jest to jednak lekki film, który można obejrzeć, zajadając się smakołykami i wzdychając do Jima Sturgessa. Może „One day” nie odda nam utraconej wiary w miłość, ale będzie dobrą rozrywką na jesienny wieczór. W moim przypadku to będzie faktycznie taki „one day”, bo reseansu nie przewiduję.

Ocena: 6,5/10.

1 komentarz: