Film o
człowieku, dla którego nie było rzeczy niemożliwych; o milionerze, który nie
cofnął się przed niczym, by zdobyć to, czego chce; o chłopcu, który nigdy nie
wyzwolił się z obsesji, jaką zaszczepiła w nim matka. Kim był Howard Hughes?
Reżyserem, wizjonerem, awiatorem – i w każdej z tych ról był nieprzeciętny,
osiągając to, o czym inni mogą tylko marzyć.
Martin
Scorsese po raz kolejny udowodnił, że potrafi nie tylko kręcić filmy, ale też
opowiadać historie. Jego „Aviator” to dzieło kompletne, w którym brak jakichkolwiek
zgrzytów. Niemalże 3 godziny filmu przemijają szybko i pozostawiają po sobie to
dziwne uczucie smutku, gdy coś nam się tak bardzo podobało, że koniec jest
niemile widziany. Mam ochotę rozszarpać na strzępy członków Akademii, którzy
nie tylko nie nagrodzili „Aviatora” Oscarem, ale też do tej pory nie dali go
DiCaprio, który, bądźmy szczerzy, jest najlepszym aktorem swojego pokolenia.
Ba, za „J. Edgara” aktor nie dostał nawet nominacji, choć ta należała mu się
bezsprzecznie. Był o niebo lepszy niż Clooney w „Spadkobiercach” czy Pitt w
„Moneyball”. Czuję się oszukana, a wybory szanownej komisji w ostatnich latach
pozostawiają wiele do życzenia.

