„Los
puka do drzwi na różne sposoby. Niekiedy odbywa się to rozgłośnie, w pełni
dramatycznie - niekiedy zaś cicho i podstępnie.”
Nie czytałam Jeżycjady
jako dziecko czy nastolatka i szczerze mówiąc nie byłam zbyt przekonana, czy
dobrze brać się za ten cykl teraz, „na stare lata”… Mając jednak w pamięci
poruszenie, jakie w blogosferze wywołała premiera „McDusi”, pomyślałam „a co mi
tam” i zapytałam znajomą panią bibliotekarkę o „Szóstą klepkę”. Nie ukrywam, że
przed lekturą byłam sceptycznie nastawiona, a później? Później było już tylko
lepiej!
Wraz z Małgorzatą
Musierowicz wybieramy się z wizytą na ulicę Słowackiego w Poznaniu, gdzie stoi dom
z wieżyczką, a w nim mieszka m.in. rodzina Żaków. Na kilkudziesięciu metrach
kwadratowych musi pomieścić się aż 7 osób: dziadek, rodzice, ciocia Wiesia,
kuzynek Bobek i dwie siostry: Julka i Celestyna. Jak każda rodzina, tak i Żakowie
mają swoje zwyczajne problemy: a to, że Bobek rozrabia, Julka nie pomaga w
domu, a matka-artystka nie ma czasu gotować obiadów.
W tym codziennym
rozgardiaszu próbuje odnaleźć się 16-letnia Cesia, cierpiąca na kompleksy z
powodu starszej i ładniejszej siostry. „Jestem gruba, brzydka, będę starą
panną” – Cesia jest zwyczajną nastolatką, nieśmiało
wkraczającą w świat miłości i do końca niewiedzącą jeszcze, kim jest i czego
chce.