„Tak właśnie spełnia się marzenie małej dziewczynki, która w nabożnym zachwycie wpatrywała się w fotografie zamieszczone w srebrnej broszurze. Zobaczyłam siebie w małym pokoju na ósmym piętrze bloku w Koszalinie(…). Natychmiast przenosiłam się w wyobraźni do Australii, do świata Aborygenów, do czerwonej skały, do podróży, poznawania, emocji i przygód.”
Australia to moje
podróżnicze marzenie życia. Po książkę Pawlikowskiej sięgnęłam więc
podekscytowana. Najpierw przekartkowałam całość i obejrzałam przepiękne
zdjęcia, a dopiero potem zaczęłam się zagłębiać w treść. Jakie było moje
zdziwienie, gdy przeczytałam, że pani Beata też marzyła od zawsze o Australii!
Momentami czułam się jakbym wraz z nią uczyła się tego miejsca i dziwiła, że
łabędzie są czarne, drzewa zrzucają korę zamiast liści, a śliwka tak naprawdę
jest czereśnią.
Inny świat! Cudowny,
egzotyczny, jedyny, jaki spędza mi sen z powiek…
W „Blondynce w
Australii” można poczytać trochę o historii, problemach rządu z Aborygenami, a
może raczej Aborygenów z cywilizacją, nietypowych świętach w Tasmanii,
przywitaniu Nowego Roku w Sydney i podróży przez gorącą czerwoną ziemię, aż do
jej serca – świętej skały Uluru. Oczywiście nie brakuje też, miejscami naprawdę
dziwnego i wydumanego, filozofowania, wizji, przeczuć i wszystkiego tego, co
czytelnicy zarzucają Pawlikowskiej.
Tym razem mi to jednak
nie przeszkadzało. Nie tyle chciałam dowiedzieć się czegoś o Australii, co
przeżyć podróż po niej. Ciekawa jestem własnych odczuć i myśli, gdybym mogła
zobaczyć mistyczny wschód słońca nad Uluru lub położyć się na trawce w Sydney i
czekać wraz z innymi na oszałamiający pokaz sztucznych ogni. A jak fajnie byłoby
zobaczyć kangura lub pójść śladami diabła tasmańskiego! To dopiero byłaby cudna
przygoda!
Do książki Blondynki
podeszłam więc bardzo emocjonalnie i przymknęłam oko na błędy, i uchybienia.
Lekturę szczerze Wam jednak odradzam, jeśli chcecie faktycznie dowiedzieć się
czegoś o tym kontynencie. Podobno masa tu niesprawdzonych informacji i
krytycznych błędów. Przepiękne są za to zdjęcia i choćby dla nich warto
„Blondynkę w Australii” przekartkować.
Ocena: 9/10
(emocjonalnie) i 5/10 (tak szczerze).
PS Wyszło nawet specjalne wydanie English Matters w całości poświęcone Australii, w którym można poczytać o kulturze Aborygenów, symbolach, przyrodzie, gwiazdach. Wszystko oczywiście po angielsku , ze słowniczkiem na końcu każdego tekstu. Bardzo fajny sposób na dowiedzenie się czegoś i na naukę języka :) Magazyn możecie kupić tutaj.
PS Wyszło nawet specjalne wydanie English Matters w całości poświęcone Australii, w którym można poczytać o kulturze Aborygenów, symbolach, przyrodzie, gwiazdach. Wszystko oczywiście po angielsku , ze słowniczkiem na końcu każdego tekstu. Bardzo fajny sposób na dowiedzenie się czegoś i na naukę języka :) Magazyn możecie kupić tutaj.
Trochę mnie zaczyna drażnić nadzwyczajna "płodność" Pawlikowskiej, ale lubię jak pisze o podróżach i sięgam po kolejne jej książki. Nie lubię wydań kieszonkowych (czytałam ostatnio "Blondynkę w Londynie"), lubię te albumowe (pod koniec sierpnia kupiłam "Blondynkę w kwiecie lotosu", ale jeszcze nie czytałam). Australii jestem bardzo ciekawa.
OdpowiedzUsuńJa czytam tylko wydania albumowe, dzięki temu lepiej znoszę treść:) No i zdjęcia są takie piękne...
UsuńŁał okładka jest nieziemska! Zachęciłaś mnie sama bym sobie poczytała o Australii, a magazyn English Matters o Australii mam sama :)
OdpowiedzUsuńMnie również okładka bardzo się podoba:) Aż chciałoby się wszystko rzucić i wyruszyć w podróż:)
UsuńBłędy? Auć. Idę poczytać.
OdpowiedzUsuńNie czytałam jeszcze nic Pawlikowskiej, ale mam dwie książki zgromadzone. Przekartkowane już i zgadzam się, że zdjęcia są piękne, więc to pewnie znak rozpoznawczy tej serii. Szkoda tylko, że błędy się zdarzyły, po to jednak sięga się po książki podróżnicze, żeby dowiedzieć się czegoś nowego. A niesprawdzone i błędne informacje wszystko psują :(
OdpowiedzUsuńAustralia na filmach i zdjęciach wygląda zjawiskowo i też chciałbym ją zobaczyć na żywo. Co do powyższej publikacji ja się nie skuszę, gdyż nie gustuje w podróżniczych książkach, ale moja siostra, zagorzała fanka Pawlikowskiej zapewne ją kupi.
OdpowiedzUsuńOczywiście popędziłam poczytać o błędach :D Wolę jednak poznawać Australię z bardziej rzetelnych źródeł:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie!
Zdjęcia z chęcią bym przejrzała, ale do książki raczej mnie nie ciągnie.
OdpowiedzUsuńJa z Pawlikowską za wiele czytelniczo do czynienia nie miałam, więc mi się jeszcze nie przejadła :) Może się skuszę :)
OdpowiedzUsuńNigdy nie czytałam żadnej publikacji Pawlikowskiej, nie jestem typem podróżniczki. Ale ze względu na te błędy pewnie poczytam :D
OdpowiedzUsuńSzczerze zdumiały mnie błędy, bo nie spodziewałam się ich po pani Pawlikowskiej i National Geographic :/ Mi też marzy się Australia, ale dopiero po Ameryce Łacińskiej :)
OdpowiedzUsuńZdecydowanie ja też się nie spodziewałam. I dziwi mnie, że tak popularna pisarka i tak renomowane wydawnictwo pozwoliły sobie na wypuszczenie błędnego tekstu.
UsuńNie mówię nie, pani Pawlikowskiej. Ale na razie koniec z nią. Troszkę za dużo tych jej książek. Nawet jeśli są one o Australii. :D
OdpowiedzUsuńO Australii chętnie poczytam, uwielbiam przeglądać albumy z pięknymi zdjęciami, jednak niekoniecznie autorstwa pani Pawlikowskiej. Pozdrawiam ciepło:)
OdpowiedzUsuń